Gwarowe przysmaki, czyli na co miał smak Jaśko Pawlak

Pewnie większość z Was właśnie piecze, gotuje, pichci – albo przynajmniej podjada w kuchni 🙂 Kiedy na rudnickie włości przyjeżdżał z Ameryki Jaśko Pawlak, jego bratowa Mania też spędziła w kuchni wiele godzin. „Gość dom, Bóg w dom”, a gościa, szczególnie takiego, byle czym częstować nie można. Wprawdzie ani z filmu, ani z książki nie dowiadujemy się, czym Mania chciała Johna ugościć, ale wiadomo, że Jaśko miał smak na… Czytaj dalej Gwarowe przysmaki, czyli na co miał smak Jaśko Pawlak

O kilku perełkach, czyli jak powstawali „Sami swoi”

„I było święto” – scenariuszO Samych swoich i kulisach powstawania filmu trochę już było, ale… Rozkoszuję się ostatnio tym filmem i cieszę jak dziecko z każdej perełki, którą w związku z nim uda mi się znaleźć. Przed klaskaniem w ręce i podskakiwaniem przy takich okazjach powstrzymują mnie jedynie zdziwione moją radością twarze ludzi w bibliotekach i archiwach. Sami chyba rozumiecie, że z kimś muszę się tym perełkami podzielić 🙂 Czytaj dalej O kilku perełkach, czyli jak powstawali „Sami swoi”

O tym, czy gwarę można między bajki włożyć, czyli o stereotypach utrwalanych w języku

Kraina loduChcecie bajkę? Oto bajka… Była sobie pchła sza… A, nie, to nie ta bajka! Była sobie bardzo nieszczęśliwa księżniczka, obdarzona niebezpiecznym darem zamieniania wszystkiego w … (nie, nie w złoto) lód i sprowadzania na ziemię zimy, takiej ze śniegiem i mrozem zamiast deszczu i pluchy. Przerażona własną mocą i zimą, którą niespodziewanie obdarzyła swoje królestwo, Elza uciekła z zamku, a jej młodsza siostra Anna wyruszyła na jej poszukiwania. Czytaj dalej O tym, czy gwarę można między bajki włożyć, czyli o stereotypach utrwalanych w języku

„Wsi niespokojna, wsi niewesoła”, czyli o filmie, w którym gwara nie śmieszy


Właściwie wielu widzów już po pierwszych kilkunastu minutach filmu przypisałoby Zmowę Wojciechowi Smarzowskiemu. Rzecz bowiem dzieje się na peerelowskiej wsi i rozpoczyna sielankowo – sceną z wesela Krysi i Staszka Tomaszków. Ot, zwykłe wesele (może nawet trochę do tego z filmu Smarzowskiego podobne), na zwykłej wsi, takie jakich wiele w polskich filmach. Są szczęśliwi młodzi, są rodzice panny młodej i nieco już podchmieleni weselnicy. Czytaj dalej „Wsi niespokojna, wsi niewesoła”, czyli o filmie, w którym gwara nie śmieszy

O łożerokach i cyc-halterach, czyli leksyka śląska na ekranie

Kadr z filmu „Ewa”Miało być o podlasko-suwalskim „dla” na polskim ekranie, ale życie weryfikuje plany, więc będzie o czymś, z czym spędziłam cały wrzesień i trzy konferencje, czyli o kilku filmach ze Śląska, o Śląsku i po śląsku. I tym razem nie o śląskiej fonetyce (o tym zapewne będzie jeszcze okazja, bo skoro chcieli o niej słuchać w Budapeszcie, to może Wy też zechcecie poczytać?), ale o śląskiej leksyce… Czytaj dalej O łożerokach i cyc-halterach, czyli leksyka śląska na ekranie

Co gołąb ma wspólnego z gwarą, czyli o warszawskich ekspresywizmach

Od zawsze wzruszała mnie ludzko-zwierzęca miłość. Szczególnie miłość wysłużona, z kończącą się datą ważności, w pewnym sensie terminalna, taka do grobowej deski – człowieka albo zwierzęcia. Kiedy widzę starszego człowieka idącego na spacer ze starszym psem, widzę dziecięcą bezbronność wobec miłości i ostatnią, naiwną walkę z samotnością, walkę, w której zwycięzca jest zawsze ten sam. Czytaj dalej Co gołąb ma wspólnego z gwarą, czyli o warszawskich ekspresywizmach

Bałakanie w ciemności, czyli o gwarze lwowskiej ulicy słów kilka

Jako że książki o tematyce żydowskiej wyszukuję nie tylko na półkach bibliotek, lecz także księgarń, i pochłaniam w trybie natychmiastowym, to na początku 2012 roku, kiedy na ekrany polskich kin wchodził film W ciemności Agnieszki Holland, byłam już po lekturze wspomnień Krystyny Chiger.  Zdążyłam się więc zaprzyjaźnić z dziewczynką w zielonym sweterku i przyzwyczaić do patrzenia na lwowskie getto i lwowskie kanały oczyma dziecka. Czytaj dalej Bałakanie w ciemności, czyli o gwarze lwowskiej ulicy słów kilka

O ikaniu i ukaniu, czyli co Szczepcio i Tońcio mają wspólnego z samogłoskami

Miało być o Lwowie porównawczo, ale będzie o dwóch przedwojennych „leopolitach”, czy – jak kto woli: lwowiakach – i z urodzenia, i z ról filmowych. Tak w życiu, jak i w filmie byli niejako swoimi… chciałam napisać „negatywami”, ale to określenie nie pasuje do żadnego z bohaterów. Byli więc swoimi „pozytywami”: jeden to chuchrowaty, niski blondyn, drugi – dobrze zbudowany, wysoki brunet. Ten pierwszy – syn lwowskiego urzędnika z tradycjami – studiował prawo, spełniając aspiracje ojca. Drugi – typowy lwowski baciar – zdał eksternistyczne egzaminy i dostał się na politechnikę. Spotkali się w Polskim Radiu w latach trzydziestych minionego wieku, by bawić do łez dialogami odgrywanymi piękną gwarą lwowską. Wiecie już o kim mowa? Czytaj dalej O ikaniu i ukaniu, czyli co Szczepcio i Tońcio mają wspólnego z samogłoskami