Wilniuk i lwowiak w jednym stali „Domu”, czyli o zróżnicowaniu polszczyzny kresowej

Serial Dom w reżyserii Jana Łomnickiego znają chyba wszyscy. Jego emisja w latach osiemdziesiątych ściągała przed telewizory całe rodziny, podobnie jak czwarta i piąta seria, która towarzyszyła niedzielnym obiadom Polaków w latach dziewięćdziesiątych. Serial, który z powodzeniem określić można miarą kultowego, przypominany jest między innymi przez TVP Polonia, TVP Kultura czy TVP Historia, więc raz na jakiś czas przeżywać możemy ponownie zmartwienia i radości mieszkańców warszawskiej kamienicy przy ul. Złotej. W dobie zalewu telewizji i Internetu z jednej strony serialami amerykańskimi, z drugiej – polską papką serialową postanowiłam przypomnieć sobie Dom. Na marginesie: dobrze się sprawdza jako urozmaicenie monotonnych treningów na bieżni w deszczową pogodę 🙂 Czytaj dalej Wilniuk i lwowiak w jednym stali „Domu”, czyli o zróżnicowaniu polszczyzny kresowej

Jeszcze trochę o kuchni, czyli jak mamałyga stała się dynią

Wprawdzie nie znam żadnej filmowej wersji Kopciuszka, w której wykorzystano by gwary, jednak podczas tworzenia zarysu tego wpisu, pomyślałam właśnie o Kopciuszkowej karocy, którą Dobra Wróżka wyczarowała z … dyni. W Samych swoich nie ma ani Kopciuszka (momentami może przypomina go Jadźka), ani karocy (bo raczej daleko do niej wozowi, na którym Kaźmierz wiezie dobytek swojego życia), są natomiast myszy, które wprawdzie nie zamieniają się w konia, ale przyczyniają się do jego obecności w Rudnikach 🙂 Jest wreszcie dynia. Czytaj dalej Jeszcze trochę o kuchni, czyli jak mamałyga stała się dynią

„Niech nie siada na kamieniu, bo dupsko zmarznie i wilka nabawi się”, czyli o (nie)grzeczności językowej

Jakiś czas temu przypadkiem natknęłam się na zbiór fabularyzowanych reportaży Andrzeja Mularczyka zatytułowany Polskie miłości. W książce zgromadzono kilkadzieścia opowiadań, a każde z nich mogłoby posłużyć za scenariusz ciekawego filmu.

Czytaj dalej „Niech nie siada na kamieniu, bo dupsko zmarznie i wilka nabawi się”, czyli o (nie)grzeczności językowej

Gwarowe przysmaki, czyli na co miał smak Jaśko Pawlak

Pewnie większość z Was właśnie piecze, gotuje, pichci – albo przynajmniej podjada w kuchni 🙂 Kiedy na rudnickie włości przyjeżdżał z Ameryki Jaśko Pawlak, jego bratowa Mania też spędziła w kuchni wiele godzin. „Gość dom, Bóg w dom”, a gościa, szczególnie takiego, byle czym częstować nie można. Wprawdzie ani z filmu, ani z książki nie dowiadujemy się, czym Mania chciała Johna ugościć, ale wiadomo, że Jaśko miał smak na… Czytaj dalej Gwarowe przysmaki, czyli na co miał smak Jaśko Pawlak

O kilku perełkach, czyli jak powstawali „Sami swoi”

„I było święto” – scenariuszO Samych swoich i kulisach powstawania filmu trochę już było, ale… Rozkoszuję się ostatnio tym filmem i cieszę jak dziecko z każdej perełki, którą w związku z nim uda mi się znaleźć. Przed klaskaniem w ręce i podskakiwaniem przy takich okazjach powstrzymują mnie jedynie zdziwione moją radością twarze ludzi w bibliotekach i archiwach. Sami chyba rozumiecie, że z kimś muszę się tym perełkami podzielić 🙂 Czytaj dalej O kilku perełkach, czyli jak powstawali „Sami swoi”

O tym, czy gwarę można między bajki włożyć, czyli o stereotypach utrwalanych w języku

Kraina loduChcecie bajkę? Oto bajka… Była sobie pchła sza… A, nie, to nie ta bajka! Była sobie bardzo nieszczęśliwa księżniczka, obdarzona niebezpiecznym darem zamieniania wszystkiego w … (nie, nie w złoto) lód i sprowadzania na ziemię zimy, takiej ze śniegiem i mrozem zamiast deszczu i pluchy. Przerażona własną mocą i zimą, którą niespodziewanie obdarzyła swoje królestwo, Elza uciekła z zamku, a jej młodsza siostra Anna wyruszyła na jej poszukiwania. Czytaj dalej O tym, czy gwarę można między bajki włożyć, czyli o stereotypach utrwalanych w języku

„Wsi niespokojna, wsi niewesoła”, czyli o filmie, w którym gwara nie śmieszy


Właściwie wielu widzów już po pierwszych kilkunastu minutach filmu przypisałoby Zmowę Wojciechowi Smarzowskiemu. Rzecz bowiem dzieje się na peerelowskiej wsi i rozpoczyna sielankowo – sceną z wesela Krysi i Staszka Tomaszków. Ot, zwykłe wesele (może nawet trochę do tego z filmu Smarzowskiego podobne), na zwykłej wsi, takie jakich wiele w polskich filmach. Są szczęśliwi młodzi, są rodzice panny młodej i nieco już podchmieleni weselnicy. Czytaj dalej „Wsi niespokojna, wsi niewesoła”, czyli o filmie, w którym gwara nie śmieszy

O łożerokach i cyc-halterach, czyli leksyka śląska na ekranie

Kadr z filmu „Ewa”Miało być o podlasko-suwalskim „dla” na polskim ekranie, ale życie weryfikuje plany, więc będzie o czymś, z czym spędziłam cały wrzesień i trzy konferencje, czyli o kilku filmach ze Śląska, o Śląsku i po śląsku. I tym razem nie o śląskiej fonetyce (o tym zapewne będzie jeszcze okazja, bo skoro chcieli o niej słuchać w Budapeszcie, to może Wy też zechcecie poczytać?), ale o śląskiej leksyce… Czytaj dalej O łożerokach i cyc-halterach, czyli leksyka śląska na ekranie

Co gołąb ma wspólnego z gwarą, czyli o warszawskich ekspresywizmach

Od zawsze wzruszała mnie ludzko-zwierzęca miłość. Szczególnie miłość wysłużona, z kończącą się datą ważności, w pewnym sensie terminalna, taka do grobowej deski – człowieka albo zwierzęcia. Kiedy widzę starszego człowieka idącego na spacer ze starszym psem, widzę dziecięcą bezbronność wobec miłości i ostatnią, naiwną walkę z samotnością, walkę, w której zwycięzca jest zawsze ten sam. Czytaj dalej Co gołąb ma wspólnego z gwarą, czyli o warszawskich ekspresywizmach