O fonetyce międzywyrazowej, czyli dlaczego gorolowi tak trudno zagrać hanysa

romanek

Fora filmowe i serwis YouTube roją się od komentarzy dodawanych pod filmami lub recenzjami filmów, w których usłyszeć możemy gwary śląskie. Komentarze te podzielić można na dwa typy – jedne wyrażają zachwyt, drugie – nie szczędzą krytyki. U podstaw tej ostatniej leżą z jednej strony emocje, z drugiej zaś – odczucia i użytkowników nierozumiejących dialektu śląskiego, i autochtonów, którzy „wiedzą lepiej”.  Często komentarze te są przejawem postawy „nie znam się, to się wypowiem” i napiszę, że „gdyby w tym filmie grali Ślązacy, to by dopiero była śląska mowa”. I wszystko byłoby w porządku, gdyby nie fakt, że tego typu krytyce poddawany jest język aktorów pochodzących ze… Śląska. W zalewie krytyki dla krytyki pojawiają się jednak komentarze, w których zwraca się uwagę na to, że osobom niemówiącym dialektem śląskim, trudno zagrać Ślązaków, a wprawne ucho wyczuje „grę” w miejscu oczekiwanego „autentyzmu”. W tej krytyce tkwi kilka ziarenek prawdy. Jednym z nich jest różna od ogólnopolskiej śląska intonacja (tej poświęcę kiedyś odrębny wpis), drugim – dialektalna fonetyka międzywyrazowa, która obok mazurzenia jest dystynktywną cechą dialektalną (to znaczy, że między innymi dzięki niej wyróżniamy 4 polskie dialekty).

Jak sama nazwa wskazuje, cecha ta (podobnie jak mazurzenie) dotyczy wymowy konkretnych głosek (fonetyka), które znajdują się na granicy wyrazów (międzywyrazowa). Mówimy o niej jednak tylko w odniesieniu do niektórych wyrazowych sąsiadów: takich, z których pierwszy kończy się na spółgłoskę bezdźwięczną (np. k, t) lub dźwięczną, ale mającą swój bezdźwięczny odpowiednik (np. g, d, których bezdźwięczne odpowiedniki to właśnie k i t). Polskie spółgłoski nie są bowiem monogamistami i lubią występować w parach. Jak wiadomo, podstawą dobrego związku jest wzajemne uzupełnianie, dlatego spółgłoski dobierają się w pary opozycyjne – jedna ma to, czego nie ma druga. Jeśli położymy dłoń na krtani i wymówimy: g, d, ž, ǯ, b, ʒ, w, z, poczujemy, jak krtań drży – wymienione głoski to bowiem głoski dźwięczne. A teraz zróbmy to samo ćwiczenie, wymawiając: k, t, š, č, p, c, f, s…? Krtań nie drgnie, bo wymówione przez nas głoski to głoski bezdźwięczne – tworzące związki z przedstawicielami poprzedniego szeregu. I to właśnie na jedną z wymienionych głosek sparowanych kończyć się musi pierwszy wyraz analizowanych połączeń.

Są jednak w języku spółgłoski singielki – takie, które dźwięczą, ale nie tworzą par z głoskami niedźwięcznymi. One rozpoczynać muszą drugie słowo z naszego połączenia. Są to: m, n, r, l, ł (tzw. głoski sonorne, które w gwarach potrafią nabroić) i j. Omawiane zjawisko powodować mogą również wszystkie samogłoski: a, e, o, u, ó, i, y – one także dźwięczą, ale nie mają bezdźwięcznych odpowiedników.

Czas na przykład. Jedno z pierwszych zdań, którego uczyliśmy się czytać w szkole, brzmiało: Ala ma kota, a zatem Kot jest Ali. No właśnie, ale zdanie KoT jest Ali przeczyta w ten sposób tylko pierwszoklasista z Mazowsza albo północnej Małopolski, rzadziej z Małopolski południowej, Wielkopolski, czy Śląska. Na pierwszych z wymienionych obszarów panuje bowiem fonetyka międzywyrazowa nieudźwięczniająca, przez co t nie ulega udźwięcznieniu (nie przechodzi w d). Na pozostałych obszarach dialektalnych, a zatem również na Śląsku usłyszymy: Kod jezd Ali, tak samo jak: brad Oli, piez mamy, czy: Piez jezd ładny. Na obszarach tych panuje bowiem udźwięczniająca fonetyka międzywyrazowa – czyli taka, w której ostatnia głoska pierwszego wyrazu zaczyna (lub nie przestaje) dźwięczeć pod wpływem sąsiadki rozpoczynającej kolejny wyraz.

Za dużo teorii? Już kończę 🙂 Teoria ta była bowiem konieczna, żeby odpowiedzieć na pytanie zadane w tytule tego wpisu. Dlaczego hanys wysłyszy, że hanysa gra gorol? Dlatego, że gorol (o ile pochodzi z Mazowsza lub północnej Małopolski) nie słyszy swojej, innej niż na Śląsku, fonetyki międzywyrazowej. Zauważmy bowiem, że nie jest to cecha zbyt mocno rzucająca się w… ucho. O ile bez trudu „wyłapiemy” mazurzenie (czy to w filmie, czy w języku starszych mieszkańców wsi małopolskich i mazowieckich), o tyle dialektalne dźwięczenie usłyszymy, tylko wówczas, gdy wytężymy nasze lingwistyczno-detektywistyczne ucho. Bardzo wyraźnie dźwięczą na przykład wypowiedzi urodzonego w Gołkowicach Mariana Dziędziela (nie tylko w Zgorszeniu publicznym, lecz także w filmach, w których nie gra on Ślązaków), pochodzącego z Chorzowa Andrzeja Mastalerza (mówiącego w filmach nienaganną śląszczyzną), czy Barbary Lubos-Święs (urodzonej w Tarnowskich Górach). Choćby nawet bardzo starali się: grająca w Barbórce Basię Iwona Siatkowska (ur. w Lubartowie), czy odtwarzający rolę Romanka w Zgorszeniu publicznym Krzysztof Czeczot (pochodzący z Bytowa, czyli terenów nowych dialektów mieszanych) w bardzo prosty sposób odkodujemy ich gorolską gadkę – udźwięczniającej fonetyki międzywyrazowej w niej bowiem brak.

Dzieje się tak przede wszystkim dlatego, że, jak wspominałam, jest to cecha mało wyrazista – nie zwracają na nią uwagi ani widzowie, ani twórcy filmu, ani sami aktorzy, którym (jeśli nie pochodzą z obszarów udźwięczniających) trudno tę cechę zrealizować. Ponadto, o ile mazurzenie znajduje się poza normą języka ogólnopolskiego (a zatem było przez lata szkalowane jako błąd i zwracano na nie uwagę), o tyle udźwięczniająca czy nieudźwięczniająca fonetyka międzywyrazowa jest realizacją ze wszech miar poprawną. Dialektalna fonetyka miedzywyrazowa po prostu zanika – z dwóch powodów: po pierwsze, język ogólnopolski od dłuższego już czasu pozostaje pod przemożnym wpływem fonetyki mazowieckiej, po drugie – realizacje niedźwięczne wymagają mniejszego wysiłku artykulacyjnego. Po raz kolejny więc do głosu (nomen omen) dochodzą: nasza artykulacyjna wygoda i lenistwo, z powodu których nawet osoby pochodzące z południowej Małopolski, Wielkopolski i Śląska zaczynają mówić: Pies jest Ali zamiast: Piez jezd Ali. I trochę ta piękna, dialektalna cecha zaczyna odchodzić do lamusa… Trochę, bo myślę, że osoby, które piszą na forach o tym, że „mało w tej śląskiej mowie Śląska”, mają na myśli między innymi brak owej dźwięczności w wypowiedziach Romanka ze Zgorszenia publicznego. Nie tylko jednak Krzysztof Czeczot nie do końca skutecznie zmagał się z cechami dialektalnymi… O tym, jaka inna cecha gwarowa sprawiła nie lada problem wybitnemu aktorowi – Władysławowi Hańczy, opowiem w kolejnym wpisie.

3 odpowiedzi do “O fonetyce międzywyrazowej, czyli dlaczego gorolowi tak trudno zagrać hanysa”

  1. Bardzo podobają mi się proporcje między teorią a przykładami. I pojawiają się w idealnym momencie – tak jak zakończenie, które pozostawia niedosyt i oczekiwanie na następny wpis. 🙂 Zachwyciło mnie opisanie głosek w kategoriach tworzących związki i singielki. Zresztą kilka zdań wykorzystałabym jako punkt wyjścia do swoich rozkminek – jeśli pozwolisz. 🙂

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *