„Dzikie róże” i „Wściekłość”, czyli współczesne polskie kino o… języku i (braku) komunikacji

Mimo że ona ma na imię Ewa, a on Adam, to żadne z nich nie mieszka w Raju. Raju nie przypomina zresztą ani pobudowany gdzieś na końcu świata (a właściwie Dolnego Śląska) dom, w którym mieszka ona, ani deszczowa i brudna Warszawa, po której biega on. Ona jest matką, jak na Ewę przystało, on ojcem, w końcu ma na imię Adam. Ona całe dnie spędza z dziećmi pod nieobecność pracującego za granicą męża, on na całe dnie dzieci zostawia z żoną (czy raczej żonę z dziećmi). Ona swój czas dzieli między zrywaniem dzikich róż a wychowywaniem dzieci, on po pracy, która wypełnia mu większość doby, znajduje czas na wyrabianie formy na siłowni i bieganie po mieście. Ach, byłabym zapomniała – ona zdradziła męża, on – zdradza żonę. Adam i Ewa nigdy się nie spotkali. Ona – to bohaterka filmu „Dzikie róże” w reż. Anny Jadowskiej. On – bohater „Wściekłości” w reż. Michała Węgrzyna. On i ona z pozoru nie mają ze sobą nic wspólnego. Z pozoru też język nie odgrywa większej roli w żadnym z wymienionych filmów. Z pozoru.

Zupełnie przypadkiem obejrzałam niemal dzień po dniu „Dzikie róże” i „Wściekłość”, nie szukając dla nich wspólnego mianownika. Filmy niewątpliwie łączy niezwykła oszczędność środków wyrazu oraz fakt, że nie reprezentują kina wysokobudżetowego.

Bezsłowie

Akcja „Dzikich róż” rozgrywa się na jednej z bliżej niezidentyfikowanej wsi Dolnego Śląska. Niby jest sielsko, ale z domu pobudowanego gdzieś pod lasem wśród pól i łąk pełnych krzaków dzikich róż do cywilizacji (czyli kaplicy, w której odbywa się pierwsza komunia Marysi) dojechać można jedynie samochodem albo rowerem, których Ewa (Marta Nieradkiewicz) jest pozbawiona. Niby jest anielsko, ale wiecznie nieobecny w domu mąż, który zarabia na zachodzie na wykończenie niedawno postawionego domu, i jego skrywająca jakąś tajemnicę żona, nie sygnalizują bliskości Raju. Sielskie-anielskie nie jest też zachowanie Marysi (na marginesie: w tej roli niesamowita Natalia Bartnik, o której jeszcze kiedyś usłyszymy), która niczym sejsmograf rejestruje i sygnalizuje wszelkie podskórne napięcia rozsadzające jej z pozoru niczego nieświadomą rodzinę. Na pierwszy rzut oka dość absurdalne jest to, że o filmie, w którym język właściwie nie istnieje, piszę na blogu poświęconym językowi. Twórcy „Dzikich róż” operują bowiem przede wszystkim obrazem, dialogi bohaterów ograniczone zostały do niezbędnego minimum. Jeśli przeanalizować je dokładniej, dochodzimy do wniosku, że film mógłby istnieć bez dialogów, a te, na które się w nim zdecydowano, bez problemu dałoby się zastąpić kilkoma sugestywnymi gestami, nieco innymi ujęciami albo wprowadzeniem rekwizytów. „Dzikie róże” to bowiem film o braku komunikacji i o rozpadzie, do którego ona prowadzi. W odniesieniu do Ewy i Andrzeja (Michał Żurawski) komunikację tę na pewno utrudnia fakt, że na co dzień dzielą ich tysiące kilometrów, a do domu, w którym Ewa mieszka ze swoimi dziećmi nie dotarł jeszcze Internet. Kobieta ma wprawdzie komórkę, ale o jej istnieniu dowiadujemy się dopiero w momencie, gdy po zaginięciu Jasia, zmuszona jest wezwać męża na pomoc. Nie dzwoni do niego nawet wtedy, gdy nie mogąc się doczekać jego przyjazdu, nocą wraca na piechotę z dwójką małych dzieci z pola dzikich róż do domu na końcu świata. Ewa nie rozmawia ani z Andrzejem, któremu nie może opowiedzieć, jak upłynęło jej kilka miesięcy jego nieobecności, ani z Marcelem, któremu winna jest wyjaśnienia, a którego stara się pozbyć ze swojego życia. Ewa nie rozmawia też z Marysią, która rozpaczliwie stara się skupić na sobie uwagę matki – matka albo ustępuje jej żądaniom, albo ignoruje jej agresywne zachowania, każąc wykonywać polecenia. Ewa nie rozmawia też ze swoją matką, która jako jedyna zna jej tajemnicę i pomaga ją ukryć. Niemal wszyscy bohaterowie „Dzikich róż” boją się słów, bo te mogłyby sprawić, że na jaw wyjdą fakty, o których jedni chcieliby zapomnieć, inni – w ogóle nie wiedzieć. Prawdziwych słów boi się też Andrzej, który po powrocie z zachodu czulej wita się z psem niż z żoną, a wieczory spędza z kolegami przy piwie, zostawiając Ewę z dziećmi w głuchym (pozbawionym radia i telewizora) domu. Język w „Dzikich różach” jest narzędziem zadawania bólu – z jednej strony, słowa „życzliwych” sąsiadów sprawiają, że Andrzej dowiaduje się, co robiła żona podczas jego nieobecności, z drugiej, to słowa pozwalają wykrzyczeć złość Marysi, Andrzeja, a w końcu także Ewy. Prawdziwe i szczere wypowiedzi w tym filmie to wypowiedzi wykrzyczane po to, aby zranić drugiego człowieka. Prawdziwych i szczerych słów wypowiadanych bez emocji, a mających stanowić swego rodzaju katharsis, nie słucha się w tym świecie, czego najlepszym przykładem jest spowiedź Marysi, która wyjawia głuchemu na jej problemy księdzu, że nienawidzi swoich rodziców. Warto też zauważyć, że słowa w tym filmie nie ocalają – to nie krzyczane na tysiące sposobów imię Jasia pozwala odnaleźć zaginionego chłopca. Andrzej, Ewa i wezwani na pomoc mieszkańcy wioski krzyczą w przestrzeń, bez odzewu, nie odpowiada im nawet echo. „Dzikie róże” to bowiem film niemy, bo opowiada o niedoskonałości najdoskonalszego z pozoru narzędzia komunikacji, jakim jest język. To nieobecne i niewypowiedziane słowa są niewidzialnymi bohaterami tego filmu. Gdyby jednak padły, gdyby jego bohaterowie potrafili się ze sobą komunikować, samego filmu nigdy by nie było, bo nie byłoby problemu, który stanowi jego oś konstrukcyjną…

Wielosłowie

Bez słów, które padają, nie byłoby z kolei drugiego z filmów, które stanowią przedmiot mojej refleksji. Z uwagi na użycie języka, dialogów i słów „Wściekłość” Michała Węgrzyna znajduje się bowiem po przeciwnej stronie wykorzystywania filmowych środków wyrazu we współczesnym polskim kinie. Adam (Jakub Świderski) – mąż Edyty (Paulina Chapko), ojciec Zuzi i Ksawerego, dziennikarz budujący swoją karierę medialną, wszechstronnie wykształcony poliglota niemal nie przestaje mówić. W ciągu kilkudziesięciu minut filmu z jego ust wypływa mnóstwo słów, kierowanych do żony, matki, kochanki, szefa i kolegów z pracy. „Wściekłość” to z jeden strony swego rodzaju monodram, którego akcję przeniesiono z teatralnych desek na opustoszałe ulice Warszawy, z drugiej zaś uwspółcześniony moralitet, w którym walkę o duszę Adama toczą różne głosy. O ile „Dzikie róże” z powodzeniem mogłyby istnieć bez ścieżki dialogowej, o tyle „Wściekłość” bez dialogów byłyby co najwyżej filmowym zapisem treningu faceta, który na swojej drodze spotkał innych facetów, z którymi… niekoniecznie było mu po drodze. Wszystko, co najważniejsze w filmie Węgrzyna rozgrywa się na poziomie słów, choć, i to bardzo dla interpretacji tego filmu ważne, są to słowa niejako zapośredniczone. Adam tak samo jak Ewa nie potrafi bowiem rozmawiać ze swoimi bliskimi o rzeczach ważnych twarzą w twarz. Eskalacja uczuć i emocji wyrażanych za pomocą języka, możliwa jest jedynie dzięki telefonowi, który stanowi dla Adama niejako przedłużenie jego istnienia. Z jednej strony, to przez telefon dowiaduje się, że następnego dnia ma dostać od losu życiową szansę na zrobienie kariery w świecie medialnym, z drugiej zaś – to właśnie rozmowy telefoniczne odzierają go ze złudzeń. Odzierają też ze złudzeń jego rozmówców. Podobnie jak w „Dzikich różach” słowo we „Wściekłości” nie ocala. Tu jest narzędziem manipulacji, kłamstwa, zdrady. Rozmowy Adama to  słowotoki, a łatwość, z jaką początkowo przychodzi mu zmiana tematów rozmów i rozmówców, świadczy o tym, jak małą mają one dla niego wartość. Rozmowy we „Wściekłości”, mimo że stanowią oś konstrukcyjną filmu, nie prowadzą do porozumienia i komunikacji. Adam ostatecznie nie dogaduje się ani z kochanką, ani z żoną, ani z kolegą z pracy. Do zmiany jego postawy prowadzą ostatecznie nawet nie rozmowa z otwierającym mu oczy Witkiem, czy na swój sposób kochającą go matką, ale fizyczny ból i pokiereszowanie, jakich doświadcza podczas konfrontacji z przedstawicielami warszawskiego półświatka. W momencie jednak, gdy Adam postanawia przewartościować swój świat, na słowa jest już za późno – nie chce ich bowiem słuchać ani zraniona przez niego żona, ani nawet córeczka, która ostatecznie przerywa rozmowę telefoniczną. Zakrwawiony Adam zostaje sam, a telefon stanowiący do tej pory przedłużenie jego tożsamości i pozwalający mu utrzymać kontakt ze światem, staje się bezużytecznym narzędziem obnażającym wszystkie grzechy pozornej komunikacji. Problemem Ewy i Andrzeja był brak słów, problemem Adama i Edyty jest wielość słów, które padają w nieodpowiednim momencie, a które są jedynie słabą atrapą komunikacji, bo jej tak w „Dzikich różach”, jak i we „Wściekłości” nie ma.

Mimo że ona ma na imię Ewa, a on ma na imię Adam, to każde w nich mieszka w piekle. Jej piekłem jest cisza, przez którą przebijają się jedynie brzęczące w dzikich różach owady. Jego piekłem są słowa, przez które nie potrafią się przebić prawdziwe uczucia. Ona jest kobietą, ale wbrew stereotypowemu wizerunkowi kobiety, nie mówi prawie wcale. On jest mężczyzną i wbrew stereotypowemu wizerunkowi mężczyzny mówi bardzo dużo i to przede wszystkim o sobie. Adam i Ewa nigdy się nie spotkali, a nawet gdyby się spotkali, minęliby się, nie zamieniwszy ze sobą ani jednego słowa. Ona, bo wie, że słowa ranią, on, bo w czasie tego spotkania produkowałby setki słów wypowiadanych do słuchawki swojego telefonu. On i ona z pozoru nie mają ze sobą nic wspólnego…

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *