O języku, który nie zagrał, czyli „Korona królów” pod pręgierzem

 

 

 

 

Zacznę od tego, że po pierwsze, zawsze kibicuję polskim produkcjom; po drugie, fala hejtu, która wylała się na Koronę królów, jeszcze przed emisją pierwszego odcinka sprawiła, że na przekór wszystkim bardzo chciałam znaleźć w niej coś pozytywnego i miałam nadzieję, że będzie to język jej bohaterów; po trzecie, bardzo rzadko przyjmuję kpiarski ton…  Niestety, Korona spadła z hukiem już po pierwszym odcinku, po drugim i trzecim było tylko gorzej. Czwartego na moim VOD już chyba nie będzie. No chyba, że zacznę się bawić w poszukiwacza wpadek…. Chociaż nie, bo jednak lubię szukać, a w Koronie królów wpadki podawane są na tacy…

Być może pechowo dla Korony królów obejrzałam kilka dni temu kawałek Trylogii z Łomnickim i Zawadzką. Z jednej strony, jej twórcy mieli łatwiej, bo mogli w listach dialogowych po prostu „polecieć” Sienkiewiczem. Z drugiej strony, tak mówić Sienkiewiczem, żeby go nie obrzydzić i nie zanudzić widza przyzwyczajonego do zgoła innego języka, to chyba jeszcze trudniejsze zadanie niż stworzyć oryginalnie stylizowany tekst. Nie, nie spodziewałam się, że twórcy Korony królów pokuszą się o rekonstrukcję polszczyzny XIV wieku, musieliby przecież dokonać niemożliwego, choćby nauczyć aktorów mówić z iloczasem, a przede wszystkim zmusić widzów, aby tego iloczasu słuchali 🙂 Pewnie bardziej śmieszyłyby nas niż zachwycały obniżone artykulacyjne samogłoski nosowe i gdyby bohaterowie zaczęli mówić o gąbach i dąbach, reakcja byłaby odwrotna od zamierzonej. Ale… można było przecież chociaż minimalnie ten język „podarchaizować”, założyć mu strawną, ale pasującą do epoki maskę i sprawić, że przynajmniej byłby przezroczysty i nie zakłócał odbioru filmu. Można też było nie archaizować go w ogóle i „umówić się z widzem”, że wszyscy wiedzą, że w czasach Władysława Łokietka i Kazimierza Wielkiego mówiło się zupełnie inaczej, ale, że to „inaczej” jest tak odległe od naszego współczesnego języka, że wręcz niemożliwe do zrekonstruowania, to umawiamy się, że nie będziemy męczyć ani aktorów, ani widzów. Zwłaszcza, że terminy gonią i w ogóle… No właśnie, problem w tym, że twórcy tego filmu chyba w ogóle się z nikim nie umówili, niestety, nie umówili się nawet między sobą…

Zanim przejdę do konkretów, jeszcze jedna dygresja. Wczoraj po raz trzeci obejrzałam Wołyń. W ciągu minionego tygodnia przeczytałam też mnóstwo artykułów o tym, jak ogromnej pracy wymagało stworzenie tego filmu i jak wielkich starań dołożyli twórcy, aby był on jak najbardziej wiarygodny. Oczywiście, szczegółów można się czepiać i specjaliści nawet w Wołyniu znajdą jakieś drobne niedociągnięcia, ale właśnie: to są DROBNE niedociągnięcia, które zdarzają się każdemu, nawet temu, kto starannie odrobi lekcje. Twórcy Wołynia w odróżnieniu od twórców Korony królów te lekcje odrabiali, czytając, pytając, konsultując.

Ech, no właśnie, konsultując… Zajmijmy się językiem, na reszcie mało się znam. Z „listy płac” dostępnej w serwisie Film polski wynika, że serial był konsultowany językowo z… tłumaczami języka węgierskiego, łaciny, litewskiego. Nie znam tych języków na tyle, żeby oceniać skuteczność tych konsultacji, ale co najmniej jedną osobę z tej listy znam osobiście i wierzę, że jest gwarantem dobrze wykonanej pracy. Problem tylko w tym, że nikt nie wpadł na pomysł historycznojęzykowej konsultacji dialogów polskojęzycznych. Po polsku przecież „każdy może, trochę lepiej lub trochę gorzej” i przecież „nie o to chodzi, jak co komu wychodzi”… Przynajmniej z takiego założenia wyszli twórcy Korony królów.

No właśnie, twórcy. Jak już tak sobie hejtujemy ;), to zastanówmy się, dlaczego napisanie scenariusza do jednej z najbardziej oczekiwanych produkcji powierza się osobie, która…. chyba nie jest zbyt doświadczona albo ukrywa się pod pseudonimem twórczym. Cóż, w sumie się nie dziwię, też bym się ukrywała 😉 Konia z rzędem (ech, żeby choć taki rząd w dawnym znaczeniu się w tym filmie pojawił) temu, kto mi napisze, kim jest Piotr Jan Szafraniec. Szukałam, szukałam i nadal nie wiem… Na dość długiej liście scenarzystów widzimy też nazwiska bardziej znane z… seriali takich jak M jak miłość, Pierwsza miłość, Barwy szczęścia (i chyba to byłoby jeszcze do przyjęcia) oraz: Wesołowska i mediatorzy, Strażacy, W11. Wydział śledczy… Spasowałam, przestałam czytać dalej, ale przynajmniej zrozumiałam, dlaczego dwór Władysława, Kazimierza i Jadwigi mówi tak, a nie inaczej. No właśnie: a jak mówi? Żeby nie było, że czepiać się jest łatwo, gorzej z konkretami…

Bardzo ciekawe i niezrozumiałe są dla mnie relacje między językiem polskim a litewskim w tym filmie. Znacie takie reklamy „Dzięki tej metodzie nauczycie się angielskiego w miesiąc”? Twórcy Korony królów wymyślili coś lepszego. Aldona, która, jak twierdzą historycy, w rzeczywistości podobno nigdy nie nauczyła się polskiego, w filmie najpierw rozmawia po litewsku (te partie są tłumaczone na polski), ale po przekroczeniu progu polskiego zamku płynnie przechodzi na polski (który w jej wykonaniu niestety nie jest już płynny). Metoda „na zamek” działa zresztą nie tylko na Aldonę. W trzecim odcinku sprowadza ona bowiem do Polski swojego brata, który pod murami po polsku ani be, ani me, ale w zamku na uczcie, to i owszem. Jeśli zechcecie jednak skorzystać z tej metody, a nie daj Boże, jesteście kucharkami, to uważajcie – może ona jedynie zniekształcić Wasz język. Z jakiegoś bowiem powodu Aldona, jej litewska dwórka i Olgierd mówią polszczyzną ogólną, a język kucharki Gabiji stylizuje się na… polszczyznę kresową? Chyba polszczyznę kresową, bo Gabija ma problemy z wymową głosek środkowojęzykowych, a zamiast ł (które w jej wydaniu miało być chyba ł przedniojęzykowo-zębowym) z uporem maniaka wstawia l. Po co? Nie wiem. Szczególnie, że tylko grająca kucharkę Agata Bykowska jest zmuszana do bardzo nieumiejętnego łamania sobie języka. Jej litewski kuzyn mówi już całkiem normalnie po polsku. Pamiętajcie, cudowny zamek nie działa na kucharki!

Szczerze mówiąc, nie wiem, jak mogłoby wyglądać rozwiązanie optymalne. Chyba tak, że znowu się umawiamy, że wiemy, że Aldona nie mówiła po polsku, ale żeby nie męczyć aktorki i widza, pozwalamy jej mówić po polsku. Tylko, że, żeby nie męczyć widza, kwestie Aldony powinny być na polski tłumaczone z innego powodu… Niestety, grająca Aldonę Marta Bryła… sepleni. I o ile jej seplenienie w Na dobre i na złe można wziąć za przejaw indywidualizacji języka postaci (tak, wiem, naiwna jestem), o tyle sepleniąca Aldona to dramat. Dramatu dopełnia również niechlujna wymowa – Aldona mówi jak przeciętna żująca gumę nastolatka – „zrobiaam”, „wypiaam”, „powiedziaam”. Padłam, czy raczej padaam, słuchając tych dialogów.

Dość ciekawa językowo jest też scena ślubu, w której małżonkowie składają sobie… całkiem współczesną przysięgę. Skoro już się umówiliśmy, że jednak się nie umawiamy, skoro każemy Jadwidze mówić łacińskie Ave Maria, to dlaczego przysięga Kazimierza i Aldony brzmi tak, jakby za chwilę ksiądz miał powiedzieć „Może pan teraz pocałować pannę młodą”.

Reasumując, z archaizacji języka bohaterów Korona królów wymienić można przede wszystkim inwersję orzeczenia na koniec zdania i wrzucone raz na jakiś czas przestarzałe z punktu widzenia współczesnego odbiorcy formy wyrazowe, takie jak przecie. Archaizacja przebiega też w planie tzw. systemu adresatywnego, tzn. bohaterowie zwracają się do siebie z godnością panie i pani, z drugiej jednak strony Aldona „tyka” swoją teściową, kobietę o wiele od niej starszą, królową Polski, mówiąc do niej… „per ty”, mimo że spodziewalibyśmy się raczej pluralis maiestatis. To jednak tylko szczegół… W Koronie królów panuje bowiem zasada: archaizujemy, jak chcemy, a jak nie chcemy, to nie archaizujemy.

Najgorsze w tym wszystkim jest to, że serial ma potencjał i, gdyby został dobrze zrobiony, miałby możliwość popularyzacji wiedzy na temat czasów i postaci dziś w Polsce zapomnianych, a przecież barwnych i fascynujących. Wojciech Smarzowski powiedział, że broni się przed filmami historycznymi, bo w Polsce nie ma pieniędzy na kino historyczne, ale ludzie nie chcą oglądać czołgów z tektury. Częściowo więc rozumiem, że niektóre płaszczyzny Korony królów leżą z powodu braku środków (z drugiej strony: serial jest chyba jednak dość kosztowny), z drugiej jednak strony, nie rozumiem bylejakości, robienia czegoś tylko po to, żeby zrobić i próby sprzedania tego jako czegoś niesamowitego. Na opłacenie dobrych scenarzystów, trochę zorientowanych w tematyce historycznej, nie potrzeba chyba aż tak wielu środków. Skoro Jerzy Janicki był w stanie sam napisać scenariusz do Polskich dróg, dlaczego nie można było do Korony królów zatrudnić jednego scenarzysty znającego się na historii, zamiast kilkorga wyspecjalizowanych w pisaniu dialogów do seriali paradokumentalnych. Szkoda, naprawdę szkoda, zmarnowanego potencjału, pieniędzy, które mogły posłużyć na zrobienie dobrego filmu i pracy sztabu ludzi, którzy starali się ratować sytuację…

Na koniec zagadka: czy ktoś zdoła rozczytać jaki tekst i w jakim języku (z dialogów wynika, że Ewangelię, mam nadzieję, że nie po polsku), przepisywał skryba dla króla?

3 odpowiedzi do “O języku, który nie zagrał, czyli „Korona królów” pod pręgierzem”

  1. Przypadkiem trafiłem na tego bloga poprzez Twittera i jestem pod wrażeniem wiedzy. Sporo się dowiedziałem w kwestiach językowych czytając ten wpis. Ma Pani rację, że serial miał duży potencjał, szczególnie edukacyjny, i niestety został zmarnowany.

    1. No właśnie. W moim wypadku niewątpliwie już spełnił funkcję edukacyjną, bo jako niehistoryk, postanowiłam trochę o Kazimierzu i jego czasach poczytać, ale widzem serialu na pewno już nie będę. Niestety, nie potrafię się zgodzić na świadomą bylejakość, a tym samym brak szacunku do widza. Zwłaszcza, że jak się nieoficjalnie dowiedziałam, twórcy serialu jeszcze przed emisją mieli sygnały o błędach w zakresie języka i zupełnie te sygnały zignorowali. Na pocieszenie postaram się, aby kolejny wpis był o filmie, w którym twórcy o język (i nie tylko o język) bardzo zadbali.

  2. Przyznam się, że oglądałam „Wspaniałe Stulecie” i bardzo chciałam, żeby udało się stworzyć tak porywający wizualnie film w polskich realiach, z intrygującą fabułą. Tymczasem akcja ciągnie się jak guma od majtek i to jest największy dramat. Nawet gdyby wyszła z tego typowa łzawa telenowela w historycznych okolicznościach przyrody, to by było do przełknięcia. Gdyby ten twór wciągał, to byłaby szansa na naniesienie poprawek w kolejnym sezonie, którego pewnie nie będzie. Poza nudą wiejącą z ekranu najbardziej poirytowało mnie pokazanie obrzędów i liturgii w wersji posoborowej. Nikomu nie przyszło do głowy, że pokazane na ekranie Novus Ordo wprowadzono dopiero na przełomie lat 60-tych i 70-tych XX wieku? Już nie chodzi o to, żeby odtwarzać wiernie liturgię średniowieczną, ale między latami 50-tymi XX wieku a czasami pokazanymi w serialu była mniejsza różnica w obrzędach niż między latami 50-tymi i 70-tymi XX wieku.
    Ogólnie wytrzymałam przed telewizorem może z kwadrans, licząc dwa podejścia. Poczucie zażenowania było podobne jak podczas seansu kinowego filmu „Wiedźmin”, gdzie zbrodnią była nie tylko siermiężna scenografia i efekty specjalne typu smok z lateksu, ale przede wszystkim zastąpienie błyskotliwych dialogów z książki innymi, wydumanymi przez scenarzystę.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *