„Diagnoza” śląszczyzny we współczesnym serialu, czyli dlaczego dialektolog ogląda serial o lekarzach z Rybnika

Trudno powiedzieć, co spowodowało swego rodzaju boom na polskie seriale medyczne. Być może jest on zasługą sukcesu nieśmiertelnego, ale nadal bijącego rekordy popularności Na dobre i na złe, a być może twórcy polskich Lekarzy starają się (choć w zupełnie innym stylu) powtórzyć fenomen Doktora House’a czy (może nawet bardziej) Ostrego dyżuru. Nie ulega też wątpliwości, że format seriali spod znaku Leśnej Góry doskonale nadaje się do stworzenia tworu gatunkowo eklektycznego, bo łączącego w sobie wątki obyczajowe, melodramatyczne, psychologiczne czy wreszcie kryminalne i mającego pełnić (przynajmniej w zamyśle twórców) zarówno funkcje rozrywkowe, jak i edukacyjne. Wszystko to starali się połączyć twórcy Diagnozy, której pierwszy odcinek drugiej serii wyemitował w miniony wtorek TVN. I choć dookoła słyszę pełno zachwytów pod adresem tego serialu, jakoś trudno mi się do nich przyłączyć. Jest jednak taka kategoria, w której wystawiam twórcom piątkę. I wszystko wskazuje na to, że druga seria dotrzyma pod tym względem kroku pierwszej.

Akcja Diagnozy rozgrywa się w Rybniku. Umieszczenie fabuły serialu w małym, prowincjonalnym miasteczku nie jest pomysłem nowym – znamy go przecież i z Ojca Mateusza (Sandomierz), i ze wspomnianych wcześniej Lekarzy (Toruń). Rybnik od Sandomierza czy Torunia różni się jednak tym, że w usta jego filmowych mieszkańców można włożyć język nieco różny od ogólnopolskiego. Z punktu widzenia podziałów dialektologicznych leży on bowiem w granicach dialektu śląskiego. O Śląsku i języku jego mieszkańców pisałam już na blogu nie raz, trzeba przyznać, że od dawna (czyli mniej więcej od czasów pierwszych śląskich filmów Kazimierza Kutza) językowa odrębność Śląska jest chętnie wykorzystywana w polskiej kinematografii i zdaje się, że jej medialny potencjał jest bardzo duży, skoro coraz częściej sięga się do niej również w filmach skierowanych do odbiorcy masowego (grupa docelowa widzów Diagnozy zdecydowanie nie jest zogniskowana na odbiorców śląskich).

Zanim spojrzymy na język, warto zwrócić uwagę, że w serialu wykorzystano także onomastyczny potencjał Śląska – jeden ze stażystów (pochodzący z rodziny górniczej) nosi nazwisko Krupniok. Co ciekawe: oddziałowa Wandzia i jej mąż noszą nazwisko Jureczko o proweniencji raczej wschodniej. W związku z tym, że mówimy o Śląsku można by pewnie obronić tę decyzję stwierdzeniem, że być może to potomkowie wysiedleńców z Kresów, gdyby nie fakt, że to właśnie oni posługują się przede wszystkim dialektem śląskim, kreowani są więc raczej na Ślązaków z dziada pradziada. Oczywiście, nie można wykluczać, że nazwisko z typowym dla Kresów sufiksem -ko pojawiło się tu wcześniej, ale z punktu widzenia onomastycznych stereotypów mamy tu do czynienia z drobną nieścisłością. Zwłaszcza, że mąż Wandzi nosi imię typowe dla Śląska – Gerard i jest górnikiem, co w powszechny stereotyp Ślązaka się wpisuje.

Spośród wielu bohaterów Diagnozy gwary śląskie usłyszymy tylko z ust Wandzi, Piotra, jego żony i Gerarda. I to pierwszy powód do wystawienia przeze mnie 5 temu serialowi. Ale po kolei. Wiadomo, że twórcy serialu starali się obsadzić w nim aktorów, którzy przyciągną widzów przed ekrany telewizorów czy komputerów (serial jest dostępny również na platformie Player), dlatego główne role powierzono Mai Ostaszewskiej i Maciejowi Zakościelnemu. W pozostałe postaci wcielili się między innymi: Adam Woronowicz, Magdalena Popławska, Aleksandra Konieczna, Beata Ścibakówna, Antoni Królikowski, czy wspomniany wcześniej Józef Pawłowski. Z punktu widzenia psychofanów nieogólnopolskich odmian języka w filmach i serialach fabularnych oczywiście najciekawiej by było, gdyby wszyscy bohaterowie serialu posługiwali się śląszczyzną, ale… po pierwsze, nie dla psychofanów śląszczyzny kręcona była Diagnoza, po drugie, włożenie gwary śląskiej w usta Ostaszewskiej czy Zakościelnego byłoby dla serialu bardzo bolesnym strzałem w stopę, z czego twórcy (i za to kolejna 5 do dziennika) doskonale zdają sobie sprawę. Aktorzy grający w serialu wykazują bowiem rzadko ujawnianą w materiałach okołofilmowych świadomością językową. Śląszczyzna w tym serialu była natomiast tematem jednego z filmików reklamujących pierwszą serię Diagnozy, w którym aktorzy niemówiący na planie gwarą otwarcie tłumaczą, dlaczego ta odmiana języka nie została wykorzystana w językowej kreacji ich postaci. Ogromne brawa za świadomość! Bo naprawdę rzadko się ona zdarza, a przynajmniej rzadko się o niej mówi.

Śląszczyzny nie usłyszymy więc z ust Macieja Zakościelnego, Mai Ostaszewskiej, Jacka Woronowicza, czy (choć tu trochę szkoda) Magdaleny Popławskiej. Całkiem sprawnie (przynajmniej dla mojego nieśląskiego ucha) posługują się nią na ekranie: Sonia Bohosiewicz (urodzona w Cieszynie), Michał Czarnecki (pochodzący z Sosnowca) i Dawid Zawadzki (pochodzący z Kutna). Z pierwszego odcinka drugiej serii wynika również, że coraz więcej śląszczyzny usłyszymy prawdopodobnie z ust pochodzącej z Warszawy Moniki Pikuły. Napisałam wcześniej, że twórcom Diagnozy należą się duże brawa za świadomość językową i niewykorzystywanie gwar śląskich w kreacji niektórych postaci. Żeby nie było: za wykorzystanie też im się te brawa należą 🙂 Dlaczego?

Po pierwsze, dlatego, że stylizacja zastosowana w Diagnozie nie jest stylizacją tylko jednego poziomu językowego. Bardzo często twórcy filmów uciekają się bowiem do wprowadzania do filmów i seriali na przykład tylko wykładników fonetycznych, które nie zakłócają odbioru dzieła. W wypadku śląszczyzny, która jest bardzo wyrazistą fonetycznie odmianą języka, nie jest to trudne. Zdaniem niektórych twórców wystarczy więc wprowadzić do języka bohaterów podwyższoną artykulację samogłosek ścieśnionych (np. godo, ni, bida) czy śląską intonację, a widz będzie miał wrażenie, że bohater mówi po śląsku. Nie ulega wątpliwości, że rzeczywiście widz nieznający śląszczyzny będzie miał takie wrażenie 🙂 Niestety, wrażenie to może zostać utrwalone w postaci swoistego stereotypu językowego, zakładającego, że, aby mówić po śląsku, wystarczy „zmienić” w języku polskim a na o, czy e na y. A przecież nic bardziej błędnego. Znane jest też inne podejście twórców, zakładające wykorzystanie jedynie wykładników leksykalnych. W praktyce podejście to jest łatwiejsze w wykonaniu dla aktorów, którzy nie muszą się uczyć trudnej z punktu widzenia użytkownika polszczyzny  ogólnej śląskiej intonacji. Nagromadzenie wykładników leksykalnych w dialogach bohaterów filmów jest jednak trudniejsze z dla odbiorców: śląską leksykę trudniej zrozumieć niż śląską fonetykę. Można oczywiście wprowadzić tylko pojedyncze wykładniki leksykalne – będzie to wówczas proste w realizacji przez twórców filmów i proste w odbiorze przez widzów. Doprowadzi jednak do utrwalenia się w świadomości widza kolejnych stereotypów: aby mówić po śląsku, wystarczy „wrzucić” do swojej wypowiedzi kilka pierunów i ciulików. Niestety, twórcy wielu filmów wylali w ten sposób dziecko z kąpielą. Jednak nie twórcy Diagnozy. Z analizy chociażby pierwszego odcinka drugiej serii wynika, że w dialogach jej bohaterów wykorzystuje się:

  • wykładniki fonetyczne, do których poza intonacją, należą: samogłoski ścieśnione (jo = ja), realizacja samogłoski nosowej ę jako a (nie puszcza = nie puszczę) czy denazalizacja ę do e (bedzie = będzie), uproszczenia grup spółgłoskowych (niepoczebny = niepotrzebny) i inne uproszczenia fonetyczne (pedzieć = powiedzieć);
  • wykładniki fleksyjne (mniej liczne): przede wszystkim formy tworzone na wzór dawnych aorystów (jo żech sie nauczył = ja się nauczyłem);
  • wykładniki leksykalne (frela = dziewczyna, synek = chłopiec, fest = bardzo, grifnie = ładnie, gibko = szybko).

Druga rzecz, za którą twórcom Diagnozy należą się brawa, jest fakt, że śląszczyzna nie jest w niej wykorzystywana w celach komediowych. Dialekt śląski w serialu jest natomiast pełnoprawną odmianą języka, która podobnie jak polszczyzna ogólna służy wszystkim celom komunikacyjnym – pełni zarówno funkcję informacyjną, jak i ekspresywną i jest używana zarówno w sytuacjach fabularnie lżejszych (np. rozmowa Sadzików na temat podziału ról w rodzinie), jak i dramatycznych (np. rozmowy Wandzi i jej męża po wypadku w kopalni, czy rozmowy Wandzi i Piotra w czasie, gdy lekarze ratują życie jego żony). Śląszczyzna jest więc naturalnym kodem komunikacyjnym z różnymi użytkownikami – Wanda posługuje się nią w kontaktach ze wszystkimi bohaterami serialu, bez względu na to, czy mówią oni po śląsku, czy nie. Śląszczyzna jest też (i to bardzo ważne) językiem narracji intymnych.

Trójka to liczba magiczna, więc jest jeszcze trzeci punkt, który sprawia, że biję brawo twórcom Diagnozy. To fakt, że śląszczyzną w serialu posługują się przedstawiciele różnych zawodów, ponadto osoby o bardzo różnych statusach społecznych. Nie jest to tylko górnik i matka wychowująca w dzieci (a więc rzadziej wchodząca w różnorakie relacje społeczne i komunikacyjne), lecz także pielęgniarka i lekarz, a zatem osoby z wyższym wykształceniem nieustanie komunikujące się z innymi ludźmi. Śląszczyzna przestaje być więc językiem gruby, czy odciętego od świata familoka, wychodzi poza sztywne i stereotypowe ramy, co nadal niestety jest jeszcze w polskim kinie rzadkie.

Podsumowując, mimo że sama fabuła serialu jakoś mnie nie wciąga i momentami wydaje mi się bardzo przewidywalna, bez wypieków na twarzy, ale z dialektologiczną radością obejrzę drugą serię Diagnozy. A Wy?

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *