Jak mówią „Gwiazdy”, czyli o zmarnowanym potencjale nie tylko piłkarskim

W najnowszym kinie polskim pojawia się ostatnio sporo śląskich akcentów. Również akcentów językowych. Jednak akcent, jak to akcent, jeśli jest obcy, to nie jest tak łatwy w realizacji, jak to się pozornie wydaje. Dowodem na to są Gwiazdy w też. Jana Kidawy-Błońskiego, które można jeszcze obejrzeć (i wysłuchać) w kinach.

Zacznijmy od tego, że Gwiazdy to opowieść o… wielojęzyczności i poszukiwaniu tożsamości (wbrew pozorom również tej językowej). Film (jak podkreślają twórcy) jest inspirowany życiem Jana Banasia – legendarnego piłkarza Górnika Zabrze, który urodził się w Berlinie w 1943 roku i do marca 1967 nazywał się Heinz-Dieter Banas. Filmowy Banaś (grany kolejno przez: Przemysława Stwarza, Kacpra Olszewskiego i Mateusza Kościukiewicza) również rodzi się w Berlinie, a jako dziecko przedstawia się Hans i mówi wyłącznie po niemiecku. Banaś przez cały film jest niejako zawieszony tożsamościowo między ojcem Niemcem, matką Polką i śląskim podwórkiem, na którym się wychowuje.

Przyjazd kilkuletniego Janka do Polski to dla niego zderzenie z innym światem, przede wszystkim światem językowym. Idealnie oddaje to scena rozmowy chłopca z ubekami, w której na śląskie pytania funkcjonariusza (w tej roli pochodzący z Katowic Marek Talarczyk) odpowiada po niemiecku. Po niemiecku próbuje również rozmawiać z Marleną (graną kolejno przez Emilię Rostek, Natalię Keber i Karolinę Szymczak), ale ta po śląsku informuje go, że ojciec zabronił jej posługiwać się językiem dawnych wrogów. Nieco starszy Banaś mówi więc już tak, jak go nauczyło śląskie podwórko, matka (Magdalena Cielecka), ojczym (Eryk Lubos) i kolega Ginter (Sebastian Fabijański).

Złożoność sytuacji socjolingwistycznej ukazuje również rozmowa Banasia z przedstawicielem niemieckiej policji, który, jak się okazuje, również pochodzi ze Śląska i w rozmowie płynnie przechodzi z niemieckiego na polski, w chwilach zaangażowania emocjonalnego mówi natomiast po śląsku. Koloryt językowy Śląska lat sześćdziesiątych i siedemdziesiątych XX wieku oddaje również postać generała, granego przez Mariana Dziędziela, który już dawno stał się filmowym gwarantem dobrej śląszczyzny w filmie.

No właśnie, niestety, w tym filmie, to jeden z niewielu takich gwarantów. Zacznę od tego, że nie jestem Ślązaczką, nie mówię po śląsku, a dialekt śląski znam jedynie z opracowań naukowych i nagrań dialektologicznych. Nigdy też nie podjęłabym się mówienia po śląsku ani konsultowania śląskich dialogów filmowych. Ale nawet mimo mojej nieznajomości śląszczyzny, po obejrzeniu Gwiazd nie mogę pozbyć się wrażenia, że twórcy filmu zmarnowali językowo-kulturowy potencjał, który drzemał w wybranym przez nich temacie. Już sam fakt, że w ustach większości aktorów zabrzmiała język stylizowany na dialekt śląski oraz przytoczone przeze mnie wcześniej elementy fabularne, są doskonałymi dowodami na to, że twórcy filmu mieli świadomość tego potencjału. Świadczą o tym również materiały przedprodukcyjne i wypowiedzi samego reżysera:

Górnego Śląska w filmie jest dużo – to nie tylko Zabrze, ale też gwara, którą naprzemiennie z językiem polskim i niemieckim posługują się bohaterowie. Widzowie na ekranach zobaczą też znane z naszych scen teatralnych twarze – Roberta Talarczyka (dyrektor Teatru Śląskiego w Katowicach) i Zbigniewa Stryja (dyrektor Teatru Nowego w Zabrzu). Dla głównych aktorów gwara śląska była czymś nowym, czego musieli się nauczyć. W postprodukcji pod okiem reżysera, który pochodzi przecież z Chorzowa, były nanoszone poprawki, tak aby nikt nie miał wątpliwości czy słowo, akcent jest właściwy. Ślązacy śląski zrozumieją, a co z resztą kraju? Czy pojawią się specjalne napisy z tłumaczeniem?

– Mam nadzieję, że Polacy zrozumieją ten film i Śląsk. Robiliśmy takie testy, kilka słów jest wprawdzie niezrozumiałych, ale to by było chyba trochę niegrzeczne, gdybyśmy przetłumaczyli część filmu dla części widowni. Musieliśmy zachować ten folklor – mówi Jana Kidawa-Błoński, reżyser filmu “Gwiazdy” (Silesion)

Gwiazdy są jednak idealnym przykładem na to, że nawet Ślązacy (jak Jan Kidawa-Błoński) nie do końca dbają o dobrą reprezentację śląszczyzny na ekranie, a język w filmie traktowany jest nierzadko jako element drugorzędny zwłaszcza w procesie obsadzania głównych ról…

Zestawienie różnych kreacji językowych w filmie Gwiazdy pokazuje, jak film mógłby wyglądać, gdyby w role Ślązaków powierzyć Ślązakom. Zacznijmy jednak od tego, co w tym filmie dobre, czyli od Mariana Dziędziela i Marka Talarczyka. Obaj aktorzy pochodzą ze Śląska i żaden z nich w tym filmie śląskiego nie gra, oni po prostu po śląsku mówią, a śląska godka w ich wydaniu wybrzmiewa na różnych poziomach: fonetycznym, fleksyjnym, składniowym i leksykalnym.

Trudno też zarzucić cokolwiek (może poza udźwiękowieniem, ale to akurat nie wina aktora) Erykowi Lubosowi, który wcielił się w rolę Danisza – ojczyma Banasia i ojca Marleny. Wprawdzie nie kojarzę żadnego innego filmu, w którym Lubos mówiłby po śląsku, jednak (nawet jeśli nie jest użytkownikiem tego dialektu) sam fakt, że urodził się i wychował w Tarnowskich Górach sprawia, że nie musiał się tej odmiany języka uczyć na potrzeby filmu zupełnie od podstaw.

Trochę zmarnowano z kolei potencjał Magdaleny Cieleckiej, chociaż fakt, że śląszczyznę w jej ustach słyszymy incydentalnie, może być uwarunkowany fabularnie – matka Banasia pochodzi wprawdzie z Zabrza, przez jakiś czas przebywała jednak w Berlinie, co świadczy o tym, że może mieć większą niż inni bohaterowie filmy starszego i średniego pokolenia świadomość językową i świadomie przełączać kody. W wypowiedziach pochodzącej ze śląskiego Myszkowa Magdaleny Cieleckiej słyszymy typową dla dialektu śląskiego udźwięczniającą fonetykę międzywyrazową. Oglądając film, trochę żałowałam, że jedyny dłuższy monolog Cieleckiej wygłaszany na cmentarzu o śmierci męża nie wybrzmiał po śląsku. Z drugiej strony, jeśli aktorka nie czuła się z tą odmianą dobrze i naturalnie, być może lepiej, że wygłosiła go po polsku.

Poza aktorami średniego pokolenia po śląsku próbują mówić również odtwórcy głównych ról – Mateusz Kościukiewicz, Karolina Szymczak i Sebastian Fabijański. Dorosła Marlena nie mówi w filmie zbyt wiele: poza krótkimi dialogami możemy ją usłyszeć jedynie jako odtwórczynię głównej roli w filmie, w którym zagrała sanitariuszkę, pokazując (zdaniem lokalnej społeczności) to, czego nie powinna, czyli nagie piersi. Co ciekawe, w tym filmie w filmie Marlena-aktorka również mówi po śląsku, a przynajmniej usiłuje zachować typową dla dialektu śląskiego intonację i podwyższenia samogłosek ścieśnionych. Nabiera to niestety wydźwięku karykaturalnego…

Podobnie jak karykaturalna jest śląszczyzna w wykonaniu Mateusza Kościukiewicza. Niestety, nie udało się mu zachować naturalności wypowiedzi. Filmowy Banaś po pierwsze, mówi niewyraźnie, a po drugie, jego wypowiedzi sprawiają wrażenie nieumiejętnie i niestarannie odrabianej pracy domowej. Niekonsekwencje w zakresie wymowy samogłosek ścieśnionych można byłoby jeszcze aktorowi wybaczyć i potraktować jako próbę oddania swego rodzaju naturalności realizacji dialektu śląskiego przez przedstawiciela młodszego pokolenia mieszkańców Zabrza. Niestety, Mateusz Kościukiewicz bardzo niestarannie realizuje też cechy akcentuacyjne, a wszystko to sprawia, że jego kreacja językowa jest nieprzekonująca nawet dla nie-Ślązaczki. O wiele lepiej (chociaż też bardzo niekonsekwentnie) wypada Sebastian Fabjański, który po pierwsze, mówi o wiele wyraźniej, po drugie, ma chyba znacznie lepszy słuch fonetyczny niż jego kolega z planu. Momentami jego dialogi mnie przekonywały.

Niestety, w filmie najwięcej mówią właśnie aktorzy najmłodszego pokolenia, których wypowiedzi nie zostały doszlifowane, co determinuje krytyczne oceny widzów:

Obydwoje jesteśmy z Chorzowa, podobnie jak ja utożsamia się Pan z Górnym Śląskiem, szerzy i kształtuje Pan naszą regionalną kulturę i deklaruje się Pan jako miłośnik naszej śląskiej gwary. Dlaczego w związku z tym zatrudnił Pan w swoim filmie aktorów, którzy nie mówią po śląsku a wręcz kaleczą tą gwarę w taki sposób, że aż uszy więdną. Czy oprócz Roberta Talarczyka i Mariana Dziędziela nie mamy śląskojęzycznych aktorów? Wystarczy zajrzeć do któregokolwiek teatru, żeby znaleźć wielu świetnych aktorów nie mówiąc o naturszczykach, którzy również z powodzeniem grają w filmach. Śmiać mi się chce jak słyszę wywiady, w których ‚gwiazdy’ mówią, że uczyli się na planie ‚godać’… Tego się nie da nauczyć! Żeby godać to trzeba się tu urodzić! Drodzy widzowie spoza śląska – możecie czuć się oszukani przez reżysera bo w filmie nie usłyszycie prawdziwej ‚śląskiej godki’. Dla mnie jest to żenująca ‚wajcha’ wymierzona w naszą kulturę regionalną i to przez wydawałoby się ‚swojego ziomka’. Wiem, bo osobiście zawsze się z tym spotykam, że nasza gwara jest świetnie odbierana przez ludzi w całym kraju więc tym bardziej jest to przykre, że tym filmem reżyser pokazał nam i wam wszystkim jak zrobić kupę we własnym ogródku… Podsumowując, film jest niezły i na pewno warto go obejrzeć tym bardziej, że jest oparty na prawdziwej historii. Oprócz scen piłkarskich kręconych w sztucznym deszczu w których widać tylko nogi dryblujące przez całe boisko i niezrozumiałych dialogów w nie wiadomo jakim języku to nawet jest nieźle. Mógł być kinowy hit a wyszło jak zawsze… (Filmweb)

Wypowiedź internauty z forum Filmweb jest niewątpliwie bardzo emocjonalna. Trudno się jednak z nią nie zgodzić. Gwiazdy mogły być bowiem filmem oddającym złożoną sytuację językowo-tożsamościową mieszkańców Śląska, mogły być filmem, który udowadnia, że po śląsku można mówić o wszystkim – zarówno o miłości, jak i o piłce nożnej. Mogły być, ale nie są. Niestety, z winy samych twórców, którzy z wielką dbałością pochylili się nad językami obcymi w filmie (wystarczy spojrzeć na listę konsultantów językowych wymienionych na stronie filmu w serwisie Film polski), a dialekt śląski, który powinien im być najbliższy, potraktowali trochę po macoszemu.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *