Język, o którym mówi się niewiele, czyli co zgrzyta w „Ostatniej rodzinie”

Ostatnia rodzina ze znakomitymi rolami Andrzeja Seweryna, Aleksandry Koniecznej i Dawida Ogrodnika jest niewątpliwie filmem wybitnym, wielopłaszczyznowym i trudnym. Obok zachwytów wzbudza też kontrowersje, szczególnie w środowiskach związanych z Beksińskimi. Można go obejrzeć raz i chcieć zapomnieć albo oglądać wielokrotnie i za każdym razem dostrzegać coś innego. Oglądając najpierw film Jana P. Matuszewskiego i konfrontując go z nagraniami realizowanymi przez samych Beksińskich, nie sposób nie chylić czoła przed artyzmem aktorskim i charakteryzatorskim twórców tego pierwszego. Jest jednak coś, co w Ostatniej rodzinie zgrzyta. I nie bez przyczyny piszę o tym na blogu poświęconym regionalnym i dialektalnym odmianom polszczyzny w filmie.

Zacznijmy od początku, czyli od faktów biograficznych i językowych. Zdzisław Beksiński pochodził z Sanoka. W Sanoku urodził się również jego syn Tomasz. Z Sanoka pochodzili także dziadkowie Tomasza z obojga stron: pradziadek Beksińskiego (Mateusz Bexa) przybył do miasta po upadku Powstania Listopadowego, tu urodził się jego syn Władysław i syn jego syna – Stanisław. Z Sanoka pochodziła też matka Zdzisława Beksińskiego – Stanisława z domu Dworska.

Zofia Stankiewiczówna urodziła się z kolei w Dynowie – miasteczku położonym w dzisiejszym powiecie rzeszowskim, przed wojną należącym do województwa lwowskiego. Po maturze rozpoczęła studia na romanistyce w Krakowie, których ponoć nie pozwolił jej skończyć późniejszy mąż – Zdzisław Beksiński. W filmie obok trójki Beksińskich pojawia się także matka Zofii (Stanisława) i matka Zdzisława, którymi Zofia opiekowała się przez wiele lat najpierw w Sanoku, a następnie w Warszawie, bo to właśnie do Warszawy przeprowadziła się pięcioosobowa rodzina Beksińskich w połowie lat siedemdziesiątych XX wieku. W Ostatniej rodzinie, która jest filmowym obrazem rodziny Beksińskich mamy więc do czynienia z portretem trzech pokoleń mieszkańców Ziemi Sanockiej. Wymarzona sytuacja socjolingwistyczna dla badaczy języka…, ale czy wymarzona sytuacja dla twórców filmowych?

Język mieszkańców Sanoka i okolic jest bowiem językiem niezwykłym, stanowi odbicie bardzo złożonej sytuacji historycznej i socjologicznej tego obszaru. Obszaru, na którym teoretycznie moglibyśmy się spodziewać języka podobnego do tego, który usłyszymy na zakopiańskich Krupówkach (wszak góry to góry). W rzeczywistości próżno jednak wytężać ucho, aby usłyszeć tam mazurzenie czy inne cechy typowe dla Zakopanego. Dlaczego? Dlatego, że, jak wynika chociażby z mapy prof. Haliny Karaś, językowi Ziemi Sanockiej bliżej do polszczyzny kresowej niż gwary podhalańskiej.

Podziały polszczyzny kresowej (źródło: www.dialektologia.uw.edu.pl)

Cechy polszczyzny kresowej rzeczywiście usłyszymy w języku bohaterów filmu. Najbardziej wyrazistą z nich jest kresowy zaśpiew, z którym mówią przede wszystkim obie panie Stanisławy. Jedna z nich (Beksińska) grana jest przez pochodzącą z Gdyni Zofię Perczyńską, w rolę drugiej (Stankiewicz) wcieliła się pochodząca z Kresów południowych (Łucka) Danuta Nagórna. W języku pań usłyszymy też typowe dla polszczyzny kresowej budowanie form czasu przeszłego (ja robiła = robiłam, ty myślała = myślałaś). Obie panie Stanisławy nie mówią jednak w filmie zbyt dużo, w odróżnieniu od Zofii i Zdzisława.

W rolę Zofii wcieliła się pochodząca z Prudnika Aleksandra Konieczna. Pierwsze, co w jej wypowiedziach rzuca się w ucho, to (poza kresowym zaśpiewem) wymowa imienia męża z typowym dla polszczyzny północnokresowej odmiękczeniem spółgłosek środkowojęzykowych, czyli Zdzisek (= Zdzisiek), miękką wymową l’ (wstałam rano, to ljeje i ljeje). Język filmowej Zofii ewoluuje i pod koniec życia traci nieco ze swojej śpiewności. Ten filmowy zabieg (pytanie, czy do końca świadomy) jest zresztą uzasadniony pozafabularnie – Beksińscy przeprowadzili się z Sanoka do Warszawy, gdzie weszli w nowe (również językowo) środowisko. Mogło to mieć wpływ na wypieranie (nieodczuwanych w Sanoku jako nieogólnopolskich) cech fonetycznych.

Zdzisława Beksińskiego gra rewelacyjny Andrzej Seweryn. Momentami trudno uwierzyć, że można było Beksińskiego zagrać aż tak realistycznie. W dużej mierze to oczywiście zasługa charakteryzacji. Z drugiej strony nawet najlepsza charakteryzacja zdałaby się na nic, gdyby nie talent i warsztat Seweryna. Przejdźmy jednak do języka: wypowiedzi Beksińskiego są (przynajmniej w płaszczyźnie fonetycznej) w mniejszym stopniu stylizowane na „polszczyznę sanocką” niż wypowiedzi jego żony. Nie usłyszymy tam północnokresowej (sic!) wymowy spółgłosek miękkich. Kresowy zaśpiew też nie rzuca się w ucho tak bardzo, jak w wypowiedziach filmowej Zofii. Jedyne, co zwraca uwagę, to powtarzane przez Beksińskiego proszę ja ciebie, które usłyszymy jednak nie tylko w Sanoku, lecz także w każdej mazowieckiej (i nie tylko) wsi, czy Bożesz ty mój (czyżby wpływ języka cioci Stasi z Klanu? 🙂 ) Kilkakrotnie (ale bardzo rzadko) Zdzisław mówi także rozumisz.

Różnice w poziomie stylizacyjnym języka obu postaci można by wytłumaczyć chociażby tym, że Zdzisław (pracujący w różnych środowiskach) miał większy kontakt z polszczyzną ogólną, Zofia (zajmująca się domem, matką, teściową i synem) – właściwie przede wszystkim z językiem familijnym, zbliżonym o wiele bardziej do nieogólnopolskich odmian polszczyzny. Czy jednak na pewno…?

Niby wszystko z tym językiem w porządku, ale… coś mi zgrzyta. Pewnie dlatego, że obejrzałam kilka filmów kręconych przez Beksińskich (z których kadry zostały nota bene wykorzystane w filmie Jana P. Matuszewskiego). Zanim jeszcze Zdzisław Beksiński kupił kamerę, nagrywał rozmowy swoje, żony i syna na taśmę magnetofonową. Dysponujemy zatem zapisami głosów Beksińskich rejestrowanymi w latach pięćdziesiątych XX wieku.  Tych najstarszych można posłuchać chociażby w wersji demo powstającego filmu dokumentalnego o Beksińskich Z wnętrza. W sieci dostępne są również nagrania nowsze (z lat osiemdziesiątych i dziewięćdziesiątych, kiedy to malarz dysponował już kamerą). Warto obejrzeć też film Zdzisław Beksiński. Autoportret pośmiertny z 2006 roku, w którym wykorzystano materiały dokumentalne. Z punktu widzenia analizy języka postaci filmowych mamy do czynienia z sytuacją idealną – dysponujemy bowiem doskonałym materiałem porównawczym.

DSC_0606

I właśnie tu pojawia się zgrzyt. Okazuje się bowiem, że twórcy Ostatniej rodziny z jednej strony trochę przeszarżowali, z drugiej – nie do końca wykorzystali potencjał stwarzany przez język Beksińskich. Tak, wiem, że fabuła to nie dokument, ale skoro twórcy filmu tyle pracy włożyli w oddanie realiów ludzi i czasów, niedociągnięcia stylizacyjne nie są jednak zamierzone. Językowe role w filmie zostały bowiem, jak się okazuje, odwrócone. W rzeczywistości kresowy zaśpiew w języku Zofii Beksińskiej miał o wiele słabsze natężenie niż w języku jej męża. Z jednej strony może to dziwić – to bowiem Zofia pochodziła z większej prowincji, gdzie kontakt z polszczyzną ogólną był słabszy, z drugiej jednak – Zofia była filologiem (studiowała w Krakowie romanistykę), Zdzisław – inżynierem (studiował architekturę również w Krakowie). To ona miała więc większą świadomość językową rozwiniętą przez studia filologiczne. Być może dlatego właśnie to u Beksińskiego, a nie u niej, można było usłyszeć silną redukcję samogłosek nieakcentowanych tak typową dla polszczyzny kresowej (np. często powtarzane przez niego rozumisz, czy wcześnij, dłużyj, a nawet wypadyk), denazalizację samogłosek nosowych (bede, bedziesz) czy nieogólnopolską odmianę czasownika wyciągnąć (wyciąg = wyciągnij). Ciekawe też, że mały Tomek (nazywany zresztą Tomciem – czyż nie przypomina to Szczepcia i Tońcia?) mówi (zapewne tak jak jego rodzice) biere, a nie biorę. W języku obojga Beksińskich rzuca się w ucho także bardzo silna (choć u Beksińskiego silniejsza) denazalizacja samogłoski nosowej ą, np. nie so. Jeśli porównamy materiały dokumentalne i Ostatnią rodzinę, okaże się, że ani redukcji samogłosek nieakcentowanych, ani silnej denazalizacji samogłosek wygłosowych nie ma w wypowiedziach Beksińskich filmowych. Na poziomie warstwy lingwistycznej twórcy filmu wykorzystali więc stereotyp i oparli go na nierównomiernie rozdzielonym między postaci kresowym zaśpiewie. Warto też podkreślić, że „dokumentalna” Zofia Beksińska wcale nie mówi do męża „Zdzisku”, tylko zgodnie z normą ogólnopolską realizuje spółgłoski miękkie. 

Ostatnia rodzina, mimo niewątpliwych wartości artystycznych, jest więc kolejnym dowodem na to, jak trudną w realizacji warstwą dzieła filmowego jest warstwa językowa. Trudną, a jednocześnie nadal niedocenianą przez twórców, o czym świadczy chociaż wywiad z Aleksandrą Konieczną:

– Czy rola Zofii Beksińskiej wymagała od Pani jakichś szczególnych przygotowań? Pięknie w tym filmie Pani „zaciąga”. To wypowiadane przez Zofię „Zdzisek” stało się już niemal kultowe.

– Beksiński zostawił dużo materiału archiwalnego, bo – jak wiadomo – nieustannie nagrywał życie rodzinne. Akcent pani Zofii był tam wyraźnie słyszalny. Wystarczyło to jedynie powielić. (…) Miałam wrażenie, że postaci Zdzisława i Tomasza są tak intensywne, że dla mnie brakuje już miejsca. Ale to było dokładnie tak, jak w tej rodzinie. Zatem specjalnie się nie wysilałam (Kubaszewski).

Kończąc ten wpis, zastanawiam się, czy moje zarzuty nie są zwyczajnym czepialstwem. Z drugiej strony komentarze takie jak ten, który znalazłam na jednym z blogów przekonują mnie, że może nie do końca:

Ostatnia rodzina to film – grobowiec, ale ważny i potrzebny. Na pewno wypełni jakąś lukę w polskiej kinematografii. Ale: Bożesz ty mój, a czego to tak zaciągajo na Ukrajeńsko modłe, he? Sanok to zaiste głębokie Podkarpacie, ale jeszcze nie Krym. Zresztą, odsyłam do nagrań Beksińskiego w ramach dopełnienia dzieła. To co usłyszałam w kinie, to było kalectwo językowe, nie wschodni zaśpiew. Tru story (Margedith).

Ciekawa jestem Waszych odczuć. Oglądaliście Ostatnią rodzinę? A jeśli tak, to czy zwróciliście uwagę na język, czy był on dla Was zupełnie przezroczysty? A jeśli już zwróciliście uwagę, to raził Was, czy zachwycił? Będę wdzięczna za komentarze. 

3 odpowiedzi do “Język, o którym mówi się niewiele, czyli co zgrzyta w „Ostatniej rodzinie””

  1. Szanowna Pani Doktor,

    bardzo dziękuję za ten wpis. Wreszcie ktoś to dowiedział. Pochodzę z miejscowości oddalonej do Dynowa o 60 a od Sanoka około 100. I oglądając „Ostatnią rodzinę” czułem się obrażony właśnie tym bezmyślnym włożeniem Beksińskim (a szczególnie Zofii) w usta tego kretyńskiego wyobrażenia o mowie południowego wschodu. Ze świadomej językowo pani o.m.c. magister Beksińskiej zrobiono przekupkę z Kruszynian. Bo przecież nie Lwowa. Twórcy filmu wykazali się na szczęście choć minimalnym wyczuciem i wraz z postępem fabuły aktorzy porzucają stopniowo tę manierę. Gdyby nie to, chyba musiałbym wyjść z sali kinowej…

    Z szacunkiem
    SK

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *