Agata Kulesza po śląsku, czyli szczypta śląszczyzny w „Jestem mordercą”

Gwary śląskie są jednymi z niewielu odmian terytorialnych polszczyzny wykorzystywanymi w filmach innych niż komediowe. Ostatnich kilka miesięcy rozwoju polskiej kinematografii obfitowało w filmy, których akcja rozgrywa się właśnie na Śląsku. Jednym z nich jest dramat Macieja Pieprzycy Jestem mordercą, w którym „po ślunsku” mówi kilkoro bohaterów. Dziś o języku dwójki z nich.

Scenariusz filmu inspirowany jest prawdziwą historii tzw. „wampira z Zagłębia” – mordercy kilkunastu kobiet, w tym bratanicy Edwarda Gierka. Napady zakończone w większości śmiercią kobiet miały miejsce w latach 1964-1970. Przez cały ten czas trwało intensywne śledztwo. Na czele grupy dochodzeniowej stanął Jerzy Gruba, który doprowadził do skazania i śmierci Zdzisława Marchwickiego. W rzeczywistości jednak śledztwo miało charakter poszlakowy i wiele osób do dziś ma wątpliwości, czy na karę śmierci skazano właściwego człowieka.

Ta bezprecedensowa historia inspirowała różnych twórców kultury (w 1981 roku powstał między innymi film Wampir i Anna), a w kręgu zainteresowań Macieja Pieprzycy znajdowała już od dawna. W roku 1998 zrealizował on film dokumentalny zatytułowany Jestem mordercą, w którym postawił tezę o niewinności Marchwickiego (obejrzyj). Taki sam jest wydźwięk fabuły z 2016 roku. Fabuły, w której zmieniono imiona i nazwiska bohaterów: Marchwicki został Kalickim (świetna rola Arkadiusza Jakubika), Gruba – Jasińskim (w tej roli Mirosław Haniszewski). Kochanka Marchwickiego zamieniono na kochankę Kalickiego, graną przez Izabelę Dąbrowską.

DSC_0566

Wszyscy wymienieni bohaterowie posługują się w filmie polszczyzną ogólnopolską, niesugerującą nawet ich śląskiego pochodzenia (swoją drogą, ciekawe, jak by brzmiała śląszczyzna w ustach białostocczanki Dąbrowskiej). Gwary śląskie wkładają natomiast twórcy w usta przede wszystkim dwóch bohaterów: Marka (w tej roli pochodzący z Zabrza Michał Żurawski) i Lidii Kalickiej, granej przez pochodzącą ze Szczecina Agatę Kuleszę. O ile jednak Marek przełącza kody (po śląsku mówi przede wszystkim po kielichu i do żony Kalickiego), o tyle Lidia po śląsku rozmawia ze wszystkimi – zarówno w sytuacjach oficjalnych, jak o nieoficjalnych (szczególnie, że nawet te oficjalne traktuje raczej jak nieoficjalne).

W procesie kreacji języka bohaterów wykorzystano przede wszystkim śląską intonację, zupełnie naturalną dla Żurawskiego i wyuczoną przez Kuleszę. Często wykorzystywane są także śląskie zmiany artykulacji dawnych samogłosek długich (czyli np. wymowę a jak o, e jak i albo y), czy wymowa wygłosowej samogłoski ę jak a (np. robia, pisza = robię, piszę). Mamy też typowe dla Ślaska formy aorystyczne (bych). Śląszczyzna w filmie Macieja Pieprzycy wybrzmiewa więc przede wszystkim cechami systemowymi, a zatem takimi, które nie zakłócają odbioru dialogów osobom nieznającym tej odmiany języka. Z wykładników leksykalnych usłyszeć możemy co najwyżej pieruna i bajtla. Pod tym więc względem filmowa wizja gwar śląskich jest wizją dość stereotypową. Zarówno rola Kuleszy, jak i Żurawskiego, to jednak role drugo-, a nawet trzecioplanowe, co w dużej mierze usprawiedliwia tę językową sterotypizację (nie mieli po prostu możliwości się wygadać). Nie zmienia to faktu, że kiedy myślę o języku Agaty Kuleszy w tym filmie, do głowy przychodzi mi tylko jedno słowo poluł (palił), które Kalicka wielokrotnie powtarza w czasie przesłuchań, odpowiadając na pytanie, czy mąż palił buty.

Właściwie stylizacja na gwarę śląską jest w tym filmie poprawna, próżno doszukiwać się przekłamań, nieścisłości stylizacyjnych czy zaniedbań. Trudno się zresztą temu dziwić – gwary śląskie w filmach Ślązaka Macieja Pieprzycy nie są niczym nowym (wystarczy przypomnieć filmy Drzazgi, Barbórkę czy Kryminalnych: Misję śląską), ale… Jestem mordercą (jak zresztą wiele innych filmów) udowadnia, jak trudnym zdaniem (nawet dla aktorów z najwyższej półki) jest nauczenie się (na potrzeby filmowe) regionalnej odmiany polszczyzny, którą nigdy nie posługiwali się poza planem. Widać to szczególnie na płaszczyźnie zderzenia wypowiedzi Żurawskiego i Kuleszy, co zresztą jest nie tylko moim odczuciem:

Jest Michał Żurawski w pejsach, kurtce z epoki i śląską gwarą, którą używa nader sprawnie i naturalnie (nie wiem, czy Ślązacy się ze mną zgodzą), w odróżnieniu np. od Agaty Kuleszy, która rolę ma przednią, ale po śląsku gada pokracznie (Rana Vulgaris)

Moim zdaniem trudno wprawdzie język Kuleszy nazwać pokracznym, od samego początku słychać jednak, że coś w nim nie gra. Żurawski gwarą mówi, Kulesza gwarę gra. Starannie i poprawnie, ale tylko gra. Mimo wszystko zarówno za to, jak i za bardzo pokorne podejście do sprawy należy się Agacie Kuleszy duży ukłon. Mało który aktor zdobyłby się bowiem na publiczną autokrytykę:

Ta rola była zarówno ciekawa, jak i wymagająca. Bardzo trudny język, gwara śląska. Trudno to było grać i wiem, że Ślązacy od razu wyczuwają, że to jest sztucznie nauczone, z tym się trzeba urodzić. Cieszę się bardzo, że zagrałam w tym filmie i uważam, że jest bardzo dobry i wartościowy (Kulesza)

Swoją drogą bardzo żałuję, że gwarą w tym filmie nie mówi Arkadiusz Jakubik. Z jednej strony (jako że urodził się w Strzelcach Opolskich), o wiele łatwiej byłoby mu wystylizować język Kalickiego, z drugiej – byłby chyba lepszą przeciwwagą dla antypatycznej Kalickiej. Wbrew wszystkiemu to właśnie grany przez Jakubika Kalicki jest bowiem najsympatyczniejszą postacią tego filmu. Szkoda więc, że gwarą śląską w filmie Pieprzycy mówi przede wszystkim baba, której lubić się nie da, i milicjant, który wprawdzie ostatecznie staje po właściwej stronie barykady, ale przyczynia się do stereotypizacji gwary jako bełkotliwego języka pijaków.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *