Zanim Kargul i Pawlak podeszli do płota, czyli polszczyzna kresowa przed Chęcińskim

Od ostatniego wpisu o polszczyźnie kresowej lista filmów ze śpiewną mową nieco się wydłużyła. Znalazły się na niej 32 pozycje, w tym filmy twórców, którzy przywrócili polszczyznę kresową powojennej widowni znacznie wcześniej niż zrobiło to trio Chęciński, Mularczyk, Kowalski. Dziś kilka słów o jednym z nich. Nie pierwszym w kolejności chronologicznej, ale niewątpliwie bardzo ciekawym. Nie tylko z tego powodu, że tytuł nawiązuje do pogody za oknem 😉

Im dłużej siedzę w filmach, w których wykorzystano polszczyznę kresową, tym bardziej widzę, jak duży wpływ na jej obecność na polskim ekranie miało pochodzenie i losy ich twórców (zarówno reżyserów, scenarzystów, jak i aktorów). Obecność śpiewnej mowy Wileńszczyzny w filmie Zimowy zmierzch z 1956 roku również uwarunkowana była czynnikami biograficznymi. Fabuła tego czarno-białego filmu jest banalna: małe, prowincjonalne miasteczko gdzieś, gdzie diabeł mówi „dobranoc”. Jest On, który wraca z wojny i przywozi do rodzinnego domu ciężarną żonę i jest Ona, która całą wojnę na Niego czekała. On ma na imię Józiuk (i jest grany przez młodego Bogusza Bilewicza – ech…), ona to Celinka (grana przez Ligię Borowczyk). Dla niego jednak ważniejsza jest Zosia (w tej roli Maria Ciesielska), a dla widza najważniejsi są… jego rodzice (Michał Rumsza i jego żona) oraz jej ojciec: Krywka, ponieważ to ich (wbrew socrealistycznemu postulatowi stawiania na młodość) scenarzysta i reżyser uczynili głównymi bohaterami filmu.

OK, jest więc w tym filmie miłość, jest trójkąt, jest historia, która mogłaby się zdarzyć wszędzie. Która zdarza się wszędzie co jakiś czas. My jednak wiemy, że zdarzyła się wśród ludzi z Kresów. Skąd wiemy? Ano z języka, oczywiście i tylko z języka. Akcja filmu rozgrywa się bowiem w fikcyjnym miasteczku Kamionka, położonym gdzieś na końcu świata, ale do końca nie wiadomo, gdzie. Skoro rzeczy dzieje się po wojnie, to nie może się dziać za wschodnią granicą, chociaż bohaterowie zdają się tak wrośnięci w rzeczywistość swojego miasteczka, jakby w niej tkwili od zawsze. Bez względu na to, gdzie znajduje się Kamionka, jej mieszkańcy (a przede wszystkim przedstawiciele najstarszego pokolenia) posługują się polszczyzną kresową. O ile już w ogóle mówią, ponieważ film zrywa również z innym socrealistycznym postulatem, jakim było filmowe wielosłowie.

Z ust Włodzisława Ziembińskiego, Marii Kierzkowej i Zygmunta Zintela, bo to oni grają odpowiednio: Rumszę, Rumszową i Krywkę usłyszymy delikatny wprawdzie (ale zawsze) zaśpiew, kresowe formuły adresatywne („Niech nie pali za dużo” – mówi Rumszowa do męża), kresowe się na końcu zdań i analityczny czas przeszły („ty zmarnował sie i on zmarnuje sie”), północnokresową realizację samogłosek nosowych (np. „dali nawet robota”) i redukcję samogłosek nieakcentowanych (np. „ludzi, ludzi, pomagajcie”). Co ciekawe, wielu z tych cech nie usłyszymy w żadnym filmie z polszczyzną kresową. Dbałość o warstwę językową jest tu wręcz zdumiewająca.

Celinka

Zdumiewająca, ale wytłumaczalna, jeśli dopowiemy coś, czego nie powiedzieliśmy na początku. Scenariusz do filmu napisał nie kto inny, jak Tadeusz Konwicki. Ten sam od rozgrywającej się na Kresach Kroniki wypadków miłosnych i ten sam, który zrealizował filmową adaptację Miłoszowej Doliny Issy. Wątki kresowe (mimo niesprzyjających warunków politycznych) nie pojawiały się w jego twórczości przypadkowo. Urodził się w 1926 roku w Nowej Wilejce na Wileńszczyźnie, w latach trzydziestych rozpoczął naukę w gimnazjum w Wilnie, którą przerwała okupacja. Wileńszczyznę opuścił w wieku 19 lat, ale duchem, piórem i kamerą wracał na nią nieustannie przez całe życie.

Z Wileńszczyzną związany był także reżyser filmu (o wiele mniej znany od Konwickiego) Stanisław Lenartowicz. On z kolei urodził się w 1921 roku w Dzianowie, na Wileńszczyźnie, ale całe dzieciństwo spędził w Landwarowie – małym, prowincjonalnym, kresowym miasteczku, w rodzinie kolejarza (zawiadowcą stacji jest też Rumsza z Zimowego zmierzchu). W czasie wojny walczył w oddziałach AK, a w czasie wysiedleń został wywieziony do Wrocławia. Pierwotnie autorem scenariusza Zimowego zmierzchu był właśnie Stanisław Lenartowicz. Nie został on jednak przyjęty przez żadną wytwórnię filmową, Tadeusz Konwicki napisał go więc od nowa i powstał z tego… film znacznie wyprzedzający swoją epokę. Nie tylko dlatego, że w sposób dość odważny ocalał dla polskiej kinematografii polszczyznę kresową. Jeśli chcecie dowiedzieć się o nim więcej, zachęcam do przeczytania artykułu Tadeusza Lubelskiego i oczywiście obejrzenia samego filmu. Warto!

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *