W jakim języku mówi podlaski Bóg, czyli gwary ludowe w pewnym mało znanym filmie

Wydawać by się mogło, że filmowe Podlasie, to przede wszystkim Konopielka albo trylogia Jacka Bromskiego z Krzysztofem Dziermą i Januszem Zaborskim w rolach głównych. Z jednej strony czarno-białe obrazy zacofanej wsi, z drugiej zaś sielsko-anielsko-kolorowe pola, przez które pomyka na rowerze ksiądz w słomkowym kapeluszu. Jak wynika z zestawienia, gwary podlaskie są najczęstszym reprezentantem gwar dialektu mazowieckiego w polskim filmie i serialu fabularnym, a tytuły, które można do nich przypisać są mniej lub bardziej oczywiste. Poza jednym… Eliasz Klimowicz był niepiśmiennym chłopem prawosławnym (inne źródła podają, że unickim), który urodził się i całe życie spędził we wsi Grzybowszczyzna na północno-wschodnim Podlasiu. Dziś wieś ta znajduje się tuż przy samej granicy polsko-białoruskiej. W dwudziestoleciu międzywojennym, czyli w czasach, kiedy żył i działał Eliasz Klimowicz, była również wsią przygraniczną, położoną na styku powiatów sokólskiego i grodzieńskiego dawnego województwa białostockiego. Historia Klimowicza pełna jest znaków zapytania i niedopowiedzeń – jedni nazywają go samozwańczym prorokiem i hochsztaplerem, inni do dziś wierzą czynione przez niego cuda i czekają na wypełnienie się jego proroctw. Jedno jest pewne – ten niepiśmienny chłop z Godzieńszczyzny zdołał sobie zjednać rzesze wyznawców, pobudować z ich pomocą cerkiew i założyć osadę Wierszalin. Faktem jest również, że jesienią 1939 roku po wkroczeniu na Podlasie wojsk sowieckich został zdradzony przez jednego ze swoich uczniów i oddany w ręce NKWD, a następnie wywieziony na Sybir. Z więzienia został zwolniony w 1941 roku… i w tym momencie ślad po nim się urywa. Prawdopodobnie zmarł w latach czterdziestych w jakimś sybirskim domu starców i został pochowany zbiorowej mogile. Postać Eliasza Klimowicza inspirowała wielu artystów, a jego historia stała się kanwą kilku dramatów, z których najsłynniejszy autorstwa Tadeusza Słobodzianka wystawiany był między innymi w Teatrze na Woli oraz zrealizowany jako teatr telewizji pod tytułem Prorok Ilija. Dramat doczekał się także interpretacji radiowej, której można posłuchać w serwisie Ninateka.

Zanim jednak powstały sztuki Słobodzianka, trudnego, aczkolwiek fascynującego tematu podjął się Marian Pilot (tak, tak, ten sam od książek o tematyce ludowej z gwarami w rolach głównych), który napisał scenariusz nakręconego w 1997 roku filmu Historia o proroku Eliaszu z Wierszalina. Jego reżyserem był twórca mało znanych filmów z pogranicza fikcji i dokumentu – Krzysztof Wojciechowski. Film opowiada o ostatnim okresie z podlaskiego etapu życia Klimowicza, a jego głównym bohaterem nie jest sam Eliasz (Ilija), ale Wasyl – wykreowany w filmie na postać Judasza. Wasyla (granego przez urodzonego w Rudzie na Kresach Kazimierza Borowca) poznajemy w tragicznym dla niego momencie śmierci jego jedynego synka – Jurki. Dramatyzm sytuacji potęguje fakt, że żona Wasyla Nina od dawna już „pustujet”, a że kilka razy „zrzuciła”, bohater nie widzi szans na posiadanie jeszcze jednego potomka. Pewnego dnia do chaty pogrążonego w rozpaczy i będącego na skaju obłędu Wasyla przychodzi Bęzrączka – kaleka kobieta z „bękartkiem”, która opowiada małżonkom historię działającego tuż pod ich nosem cudotwórcy. Wasyl nie wierzy. Nina – owszem. Wasyl rozpacza. Nina w tajemnicy przed mężem udaje się do proroka Eliasza i… zachodzi w ciążę. Tylko że Wasyl nadal nie wierzy. Nie w cuda. Jego wiara to wiara w Boga, który odbiera, a nie daje mu dzieci… i wiara w to, że jego żona została przez Eliasza zwyczajnie wykorzystana. Wasyl najpierw chce zabić domniemanego gwałciciela, kiedy mu się to jednak nie udaje, przyłącza się do jego wyznawców, zyskuje zaufanie, aż w końcu wydaje zdradzieckim pocałunkiem enkawudzistom. Pozwoliłam sobie opowiedzieć fabułę tego filmu wraz z zakończeniem, bo to nie ona jest w tym filmie najważniejsza i nie dla niej warto ten film obejrzeć.

Warto go obejrzeć przede wszystkim po to, żeby zobaczyć niezwykłą, koegzystującą w jednym środowisku mieszankę kulturowo-wyznaniową, która w symboliczny sposób została przedstawiona w scenie dwóch procesji (prawosławnej i katolickiej), które idą polami, śpiewając każda swoją pieśń, po czym dochodzą do jednej wspólnej drogi i mieszając się ze sobą, wędrują dalej z dwiema pieśniami jednocześnie na ustach. Historia o proroku Eliaszu z Wierszalina to nie tylko historia ludzi różnych wyznań, lecz także różnych języków… Bo to, dla czego warto obejrzeć ten film, to język jego bohaterów, który w niczym nie przypomina języka znanego z Konopielki albo U Pana Boga za piecem. Nie jest to bowiem język karykaturalny ani komediowy. Krzysztof Wojciechowski starał się stworzyć niemal fabularyzowany dokument, w którym wszystko, również wypowiedzi bohaterów, przypominało będzie prawdę. Nie da się ukryć, że nie do końca mu się to udało – indywidualizacja języka postaci, a co za tym idzie, brak konsekwencji w procesie stylizacyjnym, wynika chyba po raz kolejny z predyspozycji i możliwości aktorów. Najmniej cech gwar podlaskich usłyszymy w języku Niny (w tej roli Magdalena Celówna urodzona w Mierzawie) i… proroka Eliasza (granego przez pochodzącego ze Śląska – Henryka Talara). Ogromnym zaskoczeniem są natomiast wypowiedzi Bezrączki. W jej rolę wcieliła się pochodząca z Warszawy Lidia Sycz. Wcieliła się jednak tak dobrze, że trudno jej język odróżnić od języka zatrudnionych do filmu aktorów i nieaktorów pochodzących z Podlasia i Kresów. W wypowiedziach Bezrączki przeplatają się elementy polskie i wschodniosłowiańskie:

A i na to są babskie sposoby. Eto odno. A drugoje wot szto: nad wszystkim jest boża łaska (…). Ilja jest prorok. Słyszeli? Prorok i prawiednik w prawosławnym narodzie

Ponadto aktorka ta bardzo dobrze realizuje fonetyczne cechy gwar podlaskich, czy też podlasko-kresowych, takie jak zaśpiew czy stwardniałą wymowę głosek ć jak c’, ź jak z’ itd. I choć oglądając film, widz ma świadomość, że słucha zawodowej aktorki, a nie naturszczyka, nie czuje fałszu tego występu. A jak pokazuje przykład filmowego Kargula czy też fatalnej roli Jana Wieczorkowskiego w U Pana Boga za piecem, zadanie to wcale nie jest takie proste, jak mogłoby się to wydawać.

Nie ulega wątpliwości, że o wiele łatwiej było mu podołać Kazimierzowi Borowcowi. W jego języku również usłyszymy naturalny, nieprzerysowany i niekarykaturalny zaśpiew, półmiękką wymowę głosek miękkich, przedniojęzykowo-zębowe ł i oczywiście wtręty o genezie wschodniosłowiańskiej:

Nie s’miej mi tego mówić praklata. Swołocz.

Ech, a po co życ’ jak nie pic’. Żonka maja. Lubka. (…) S’lino pju, s’ilno bju.

Co ciekawe, gwara nie jest dla Wasyla narzędziem rozmowy z prorokiem Eliaszem, do którego mówi językiem zbliżonym do polszczyzny ogólnej, w którym zostają jednak cechy fonetyczne (przede wszystkim zaśpiew):

Czy to ty rządzisz moimi synami? Do grobu ich wpędzasz? Z pustej kobiety na świat przywodzisz? Czy to Ty? Odpowiedz.

Inni bohaterowie tego filmu boją się jednak „sudu” i wierzą w „Boha”, proszą o „perebaczenie”, co sprawia, że wierzymy im bardziej niż bohaterom innych filmów z Podlasiem w roli głównej. Niestety, trudno się o tym przekonać, bo telewizja emituje Historię… o wiele rzadziej niż Konopielkę, a szkoda… Póki co pozostaje zadowolić się fragmentami dostępnymi w Internecie

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *