Jak mówiły dinozaury, czyli o „gwarowym” dubbingu w filmach dla dzieci

Źródło: www.filmweb.pl
Źródło: www.filmweb.pl

O przewadze dubbingu nad napisami w bajkach dla dzieci nikogo chyba przekonywać nie trzeba. O tym, że dobry dubbing jest w stanie udźwignąć film familijny, a zły – zniechęcić zarówno najmłodszych, jak i najstarszych, też doskonale wiedzą wszyscy, którzy w ciągu ostatnich kilku lat obejrzeli przynajmniej kilka takich filmów. Z mojego punktu widzenia dubbing ma jeszcze jedną zaletę – pozwala wprowadzić do filmu nieogólnopolskie odmiany języka na wszystkich poziomach systemu. Czy jednak nie działa jak miecz obosieczny…? O jednym z takich filmów pisałam w zeszłorocznym grudniowym wpisie o Krainie lodu. Dziś o pewnej świeżynce, którą od niedawna można oglądać na ekranach kinowych.

Bohaterem owej świeżynki jest Arlo – najmłodszy, nieporadny, wyśmiewany przez rodzeństwo Karola i Karolcię, a przede wszystkim dość tchórzliwy, ale od początku wzbudzający sympatię, dinozaur. Wbrew zapowiedziom film nie jest komedią, raczej trudnawo-ciepłą opowieścią o stracie, miłości, przyjaźni i przezwyciężaniu własnych ograniczeń. Po stracie ojca i wypadku, w skutek którego trafia w odległe rejony naszej planety, mały Arlo oswaja Bąbla – chodzącego jeszcze na czterech kończynach małego praczłowieka, z którym wyrusza w drogę powrotną do domu. Nie chcę streszczać ani recenzować tego filmu – jeśli uznacie, że na to zasługuje, wybierzecie się na niego sami. Poza naprawdę zjawiskowymi widokami i wartościami, które film przekazuje, warto w nim zwrócić uwagę na… język oczywiście.

Nie oglądałam wcześniej zwiastunów Dobrego dinozaura, wybrałam go jako cel mikołajkowego wypadu z czterolatkiem dość przypadkowo, więc gdy usłyszałam dinozaury mówiące „gwarą”, stwierdziłam, że wypiłam za mało kawy 🙂 Okazało się jednak, że to nie wina niedoboru kofeiny. Arlo i Bąbel spotykają bowiem na swojej drodze specyficzną dinozaurzą rodzinę – Buźkę, Bachę i Bodzia, stylizowanych trochę na amerykańskich kowboi, którzy zgubili swoje stado, a trochę na „rolnika szukającego żony”. Najbardziej wyrazistą postacią jest ojciec, czyli Buźka, którego w polskiej wersji językowej dubbinguje… No właśnie, poznajecie kto?

Buźka, Bacha i Bodzi0 – obejrzyj.

Głosu Buźce użyczył oczywiście Marian Dziędziel, ten sam, który często gra postaci posługujące się nieogólnopolskimi odmianami języka i ten sam, który z powodu gwary śląskiej niemalże oblał egzamin do szkoły teatralnej. Jako Buźka nie mówi jednak całkowicie po śląsku. Nie da się nie zauważyć, że podstawą językowej kreacji tej postaci jest leksyka, która w zaprezentowanym fragmencie ma pełnić funkcję ukomiczniającą wypowiedź dinozaura. Mamy tu popyrgać, dyrdy, tera, ciepnąć, czyli wyrazy ogólnogwarowe, ale kojarzone przede wszystkim ze Śląskiem i Podhalem; mamy też leksykę charakterystyczną dla najniższego rejestru potocznej odmiany polszczyzny, przejętą z socjolektu przestępczego: kroi ci się robótka, rabanu narobisz, zajdzim z mańki cichaczem, mamy wreszcie sformułowanie, które można by przypisać jakiejkolwiek osobie ze wsi, dla której źródłem frazeologizmów jest praca na roli i obserwacja życia zwierząt: rabanu narobisz jak maciora, co ją kolka sparła. Marginalnie wykorzystano w tej wypowiedzi ogólnogwarowe cechy fonetyczne i fleksyjne (zajdzim) oraz składniowe (szyk przestawny: rabanu narobisz). Nieogólnopolskie odmiany języka w filmach służą przede wszystkim socjologicznej charakterystyce bohaterów, w tym wypadku jesteśmy jednak w niemałym kłopocie… Kim bowiem jest Buźka? Członkiem bliżej niezdefiniowanego półświatka, rolnikiem czy może góralem, na co mógłby wskazywać inicjalny akcent w języku jego dzieci…? Posłuchajmy dalej:

Opowieść o bliźnie – obejrzyj.

O ile na podstawie wcześniejszego fragmentu można byłoby podejrzewać, że Buźka pochodzi ze wsi, o tyle, powyższy całkowicie przechyla szalę w stronę środowiska przestępczego. Nie wiem, jak Wam, ale po usłyszeniu sakramenckiego, łba, tankowania, skubańca, a przede wszystkim facjaty jako żywo przed oczyma stanął mi „rodak warsiaski”, a językowy żart tak się złożyło, że jakoś nie miałem nastroju na zgon tylko mnie w tym skojarzeniu utwierdził. Problem w tym, że w Warszawie nie mogły się na pewno wychować dzieci Buźki – Bacha i Bodzio używają bowiem konstrukcji pluralis maiestaticus, obecnej dziś głównie na Śląsku i Podhalu, a przede wszystkim… klną z góralska, krzycząc kruca.

Twórcy filmu zastosowali typowy zabieg stylizacji na… gwarę w ogóle, przy czym bez dookreślenia, czy jest to gwara ludowa, czy miejska. Ta swoista kontaminacja miała zapewne na celu jeśli nie charakterystykę socjalną, to przynajmniej pokazanie, że Buźka, Bacha i Bodzio to przybysze z innego świata, świata na tyle obcego, że Arlo nie do końca rozumie to, co mówi do niego Buźka.

No właśnie… Po raz kolejny utrwalają zatem twórcy polskiej wersji językowej Dobrego dinozaura obiegowy stereotyp gwary jako języka śmieszącego, innego, dziwnego i niezrozumiałego, którym posługują się wprawdzie osoby sympatyczne i pomocne, ale mimo wszystko nieokrzesane… Nie podpytałam niestety czterolatka (który ma różne refleksje językowe), czy zauważył, jak mówili Buźka, Bacha i Bodzio, doskonale zdaję sobie również sprawę z tego, że obecne na sali sześcio- czy siedmiolatki nie znają gwary warszawskiej, podhalańskiej czy dialektu śląskiego, wiem też, że celem ich wykorzystania nie było szerzenie wiedzy dialektologicznej i o ile cieszy mnie, że twórcy dubbingowi sięgają po nieogólnopolskie odmiany języka, o tyle… nie do końca podoba mi się taki sposób ich wykorzystania.

Mam rację, czy przesadzam?

 

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *