Co gołąb ma wspólnego z gwarą, czyli o warszawskich ekspresywizmach

Od zawsze wzruszała mnie ludzko-zwierzęca miłość. Szczególnie miłość wysłużona, z kończącą się datą ważności, w pewnym sensie terminalna, taka do grobowej deski – człowieka albo zwierzęcia. Kiedy widzę starszego człowieka idącego na spacer ze starszym psem, widzę dziecięcą bezbronność wobec miłości i ostatnią, naiwną walkę z samotnością, walkę, w której zwycięzca jest zawsze ten sam.

Być może dlatego tak mnie zachwycił pewien mało znany film z 1988 roku. Warszawskie gołębie to bardzo prosta opowieść o miłości – do gołębi, do Warszawy, do odchodzącej bezpowrotnie przeszłości i w pewnym sensie do odchodzącego w zapomnienie języka. Języka, który z jednej strony indywidualizuje, osadza w rzeczywistości, z drugiej zaś – wyklucza.

Podobnie jak indywidualizują i wykluczają gołębie, które główny bohater Wacław Kaczmarski – mieszkający „na dzielnicy” warszawiak z dziada pradziada – zabiera do bloku, w którym dostał nowe mieszkanie. Zapalonego gołębiarza, stojącego niczym Karol Habryka z Paciorków jednego różańca Kazimierza Kutza na straży odchodzącej tradycji, gra urodzony w Warszawie Józef Nalberczak. Nie wiem, czym był podyktowany wybór, ale bezapelacyjnie był on wyjątkowo trafiony. Gdyby nawet ukryć rzeczywistość warszawską w tym filmie, język Nalberczaka zdradziłby ją bardzo szybko. Mamy tu bowiem i twarde l, znane już z Zakazanych piosenek i Rezerwatu, i zachwianie rodzaju męskoosobowego, o którym napiszę przy innej okazji.

Obie te cechy nie są jednak wyróżniające dla gwary warszawskiej jako takiej – pierwsza łączy ją z innymi gwarami dialektu mazowieckiego, druga – z polskimi gwarami w ogóle. Gdyby wypowiedzi Kaczmarskiego i jego matki opierały się tylko na tych dwóch cechach, reżyser mógłby je włożyć w usta mieszkańca każdej mazowieckiej wsi. Co zatem determinuje językową warszawskość gołębiarza? Warszawskość prawdziwą, nieflancowaną, warszawskość, z której jest dumny, ale która jest wielokrotnie poddawana w wątpliwość, między innymi przez kolegów jego córki Dorotki, przezywających ją wiochna albo razówa.

Zarówno językoznawcy badający gwarę warszawską (nie było ich wielu, ale jednak byli, wśród nich Bronisław Wieczorkiewicz), jak i osoby zajmujące się nią nieprofesjonalnie, zwracają uwagę na wyróżniające Warszawę na tle Mazowsza różnorodne, często okazjonalne gwarowe powiedzonka. Gwara ta, powstająca często na przedmieściach, wśród prostych ludzi pracy naszpikowana jest ekspresywizmami, mającymi pomóc wyrazić złość lub niechęć do ludzi, którym „wiązanka” niewątpliwie się należy.

Podobnie zdenerwowany gołębiarz, któremu każą się pozbyć największej miłości jego życia, przeklina źródło swoich nieszczęść – sąsiadkę z dołu. Sami jednak przyznacie, że przeklina ją w bardzo wyrafinowany sposób: Inteligencja szpagatowa, psia krew; Te, żebym ja ci czasem nie dał „elementu”, zołzo frendzlowana. Od elementu wyzywa, Hermenegidla owsem karmiona; Człowiek, który nie lubi gołębi jest dzwoniec sieczką karmiony.

Używa niekiedy przezwisk znanych z języka potocznego: Stara raszpla; Już ta  flądra do pana trafiła?; Żebym wiedział, że z takimi gnojami bede tu mieszkał, to bym to końca życia siedział na dzielnicy; Zapaskudzili nam Warszawe różnym barachłem.

Innym razem groźby pod adresem sąsiadki przyjmują postać rozbudowanych zdań: Powiedz pan tej małpie, że jak się ode mnie nie odczepi to się do niej pofatyguję i tak jej nawtykam, że dostanie zakaźnej padaczki; Ja sobie te paniusie wypożycze jeszcze nie raz we windzie na osobności. Pozna, skubana, czar polskiej mowy.

Co ciekawe, owa językowa ekspresja (i potencja) cechuje nie tylko język mężczyzn. Zwykle spokojna staruszka, matka gołębiarza, wyprowadzona z równowagi wykrzykuje do znanej nam już sąsiadki, granej przez Ewę Szykulską: Zamknij się wydro, graco ondulowana, Ptaki jej śmierdzo, flądra jedna.

Wynotowałam tylko część językowych perełek, ale przyznacie, że nawet ta garstka pokazuje niezwykłą kreatywność… No właśnie: pytanie: czyją? Reżysera, autora dialogów, czy może (i na to bym stawiała) Józefa Nalberczaka?

Owa kreatywność pięknie oddająca specyfikę warszawskiej gwary przejawia się nie tylko w wyzwiskach i przekleństwach. Warszawiak to bowiem z jednej strony pieniacz, z drugiej zaś elegant, mający swoją własną kindersztubę. Taki jest też jego język – z jednej strony dosadny, z drugiej zaś – pełen gracji, leksyki z rejestru wysokiego. I tak w jednym zdaniu mamy nacechowaną podniośle szanowną panią i potoczne pomajtać: Coś się szanownej pani pomajtało, jeszczem nie spotkał gołębia, który by śmierdział. Prawdziwym majstersztykiem jest natomiast fragment rozmowy z dzielnicowym, któremu Kaczmarski przedstawia swoją filozofię: Pies ma prawo obsrać mnie nogawkie, to i gołąb ma prawo załatwić swoją potrzebę na balkonie.

Nasz gołębiarz zna nie tylko słownictwo oficjalne, lecz także zapożyczenia z języka angielskiego. Naturalny jest jednak dla niego ocierający się o wulgarność język, który wyniósł z domu: Mam prawo mieć swojego zajoba, czyli tak zwane hobby?

I czasami aż trudno uwierzyć, że ten zapieklony w swej złości i rozgoryczeniu człowiek z prawdziwą czułością, którą nie obdarzył nigdy żony czy dzieci, mówi: Moje ptaki kochane, wiedziałem, że wróco. Nie jest jednak tak, że Kaczmarski nie kocha swojej rodziny. Kocha ją tym bardziej, im bardziej kocha swoje gołębie, ale trudno oprzeć się wrażeniu, że gdy zabiorą mu jego ukochane ptaki, przegra swoją walkę z samotnością, bo jak sam twierdzi: Gdzie są gołębie, tam jest życie. A co jest tam, gdzie ich nie ma…?

* * *

Pozdrawiam z obozu dialektologicznego w Sejnach, miejsca, gdzie gwarę można usłyszeć nie tylko na ekranie. Gwar sejneńskich czy suwalskich w filmach nie znalazłam, ale że pod wieloma względami podobne są do języka Podlasia, w następnym wpisie wrócimy na Podlasie i opowiem dla Was historię pewnej spotykanej w filmach, a kłopotliwej w życiu, konstrukcji składniowej.

3 odpowiedzi do “Co gołąb ma wspólnego z gwarą, czyli o warszawskich ekspresywizmach”

  1. Ukłony dla sianownej Pani za takie klawe robote sie należą!
    ps
    w filmie było chyba „razówa” nie „razucha” 🙂

  2. Uwielbiam takie filmy.W takich filmach jest wszystko trochę sensacji, komedii,dramatu czasami fantastyki a wszystko w rzeczywistym ,,wymiarze” i w wywarzonych proporcjach.Brak tylko przerysowanych efektów specjalnych rodem z kina amerykanskiego tutaj akurat wielki plus. Dla takiego kina warto ,,marnować” czas przed ekranem.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *