O siakaniu i nie tylko, czyly gwara warsiaska na śklanem ekranie

Dziś wprawdzie i o gwarze, i o filmie, ale trochę nietypowo, bo nie o gwarze ludowej, jak dotychczas, ale o gwarze warszawskiej. I musowo z dedykacjami. Pierwszą: dla twórców i członków Stowarzyszenia Gwara Warszawska. Drugą: dla… mojego dentysty, który chciał podtrzymać rozmowę przedzabiegową (bo drętwiejącej od znieczulenia szczęki już się podtrzymać nie dało):

– Pani to się czym zajmuje na tej polonistyce?
– Histołją języka i tłochę gwałami.
Błysk w oku: – I gwarą warszawską też?
Łezka w oku (bynajmniej nie ze wzruszenia): – Tłochę też.

To żeby nie być gołosłowną, tłochę o niej opowiem, bo na fotelu dentystycznym, mimo szczerych zachęt słuchającego, kontynuować opowieści nie dałam rady. A opowiem o dwóch filmach: starym i nowym – tak, żeby pokazać, że gwara warszawska stanowi pewne continuum.

Ten starszy to oczywiście Zakazane piosenki – pierwszy powojenny polski film, nakręcony w roku 1946. Jego pomysłodawcą był Ludwik Starski (zbieżność nazwisk z Allanem – nieprzypadkowa), a reżyserem Leonard Buczkowski. W filmie obok znanych później aktorów: wspaniałej Danuty Szaflarskiej i Jerzego Duszyńskiego zagrali… naturszczycy, dzięki czemu nie mamy tu właściwie do czynienia ze stylizacją na gwarę warszawską, ale z gwarą warszawską uchwyconą w naturalnym stadium jej rozwoju. Ech, prawdziwa gratka!

Gwara warszawska, jak każda gwara miejska, różni się od gwar ludowych przede wszystkim momentem swojego powstania. O ile bowiem gwary ludowe są bardzo stare, o tyle gwary miejskie cechuje swego rodzaju wtórność wobec nich. Język mieszkańców ubogiej Warszawy był właściwie językiem ludzi, którzy do miasta przybyli z okolicznych wsi, a na nich posługiwano się gwarami mazowieckimi. To zatem, co słyszymy w gwarze warszawskiej, jest w dużej mierze wspólne jej i dialektowi mazowieckiemu. Przynajmniej w zakresie fonetyki, czy fleksji. Na płaszczyźnie słownictwa, czy też swoistego humoru językowego, trudno bowiem warszawiaka pomylić z kimś innym. Ale to temat na oddzielny wpis. Na razie posłuchajcie tego:

Znacie to, prawda? I z Warszawy, i z okolic. A może powinnam napisać: Warsiawy i okolyc. Bardzo ważną fonetyczną cechą gwary warszawskiej jest bowiem tak zwane siakanie, czyli wymowa sz jak ś, ż jak ź i cz jak ć. Właściwie siakaniu ulegają te same głoski, które uległy mazurzeniu, jednak wynik tego zjawiska jest zupełnie inny. Polega on na całkowicie miękkiej wymowie spółgłosek, których miękkości w języku ogólnym już nie słyszymy. Dlatego panowie na ulicy Skaryszewskiej śpiewają o Skarisieskim, wsiak kultura nie zabrania typowego dlań siakania. A już na pewno nie kultura warszawska. Zauważcie, że w śpiewie panów usłyszymy też głoski pośrednie między ż i ź (np. ż’ić) i między sz i ś (np. sz’klanka). Właściwie można by się w tym doszukiwać innego, bardzo podobnego do siakania zjawiska, jakim jest… i tu niespodzianka: sziakanie (to tak, ku umęczeniu studentów, którzy na dialektologii muszą się nauczyć szeregu takich i im podobnych terminów). Sziakanie występuje jednak przede wszystkim na Śląsku (w okolicach Jabłonkowa), Warmii, w Ostródzkiem i Lubawskiem, raczej próżno go szukać w okolicach Warszawy. I ta niby-sziakająca wymowa warszawska jest raczej takim kompromisem między głoskami szeleszczącymi a całkiem miękkimi. Zauważcie, że wcale nie jest to kompromis prosty w artykulacji.

Właściwie większa część cech fonetycznych gwary warszawskiej to balansowanie między miękkością i twardością spółgłosek. Wiąże się to z tym, że w gwarach mazowieckich bardzo często zaciera się różnica między dwiema głoskami, które powodują tę opozycję (czyli i i y).

Posłuchajcie:

Słyszycie „l’ynkę”? Musowo. Bo miękka głoska l’ ulega w gwarach mazowieckich stwardnieniu. Jest to cecha wyróżniająca gwary mazowieckie i łącząca je z gwarą warszawską, nic więc dziwnego, że usłyszymy ją w języku jednego z mieszkańców praskiej kamienicy, granego w Rezerwacie Łukasza Palkowskiego przez Jana Stwarza:

To jednak jeszcze nie koniec warszawskich kłopotów z miękkością i twardością. Nie tylko bowiem głoska l’ stwarza problemy. Posłuchajcie fragmentu jednej z najbardziej znanych zakazanych piosenek:

Tę samą cechę słychać w Rezerwacie:

Przyznam, że byłam zdziwiona, bo przykładów tej cechy, jaką jest mieszanie szeregów k’e i ke spodziewałam się znaleźć w obu filmach bardzo dużo. Znalazłam jak na lekarstwo. Szukałam w Rezerwacie kerownika, znalazłam tylko ogólnopolskiego kierownika, mimo że do dziś zarówno na mazowieckich wsiach, jak i na praskich podwórkach usłyszeć możemy i cuker, i pod górkie.

I tu ciekawostka: o ile mieszanie l’ i ly nigdy nie było problemem dla kodyfikatorów polskiej ortografii, o tyle niewiele brakowało, abyśmy wszyscy byli zobowiązani do mówienia na modłę warszawską gienerał i gieografia. Takie były bowiem postulaty jednego warszawiaka, który kodyfikowaniem polskiej pisowni się zajmował – Adama Antoniego Kryńskiego. Próżno na przykład w redagowanym przez niego Słowniku języka polskiego (na marginesie: moim ulubionym słowniku historycznym), zwanym „warszawskim”, szukać hasła GENERAŁ. GIENERAŁA jednak znajdziemy bez problemu. Postulaty A. A. Kryńskiego dotyczyły wprawdzie zapisu i wymowy wyrazów pochodzenia obcego, ale odzwierciedlały to, jak mówiono w Warszawie i jak mówi się tam do dziś. Bo przecież w Warsiawie nadal jeździ się na Pragie.

W kolejnym wpisie zaproszę Was do Lwowa. Będzie zatem jeszcze raz o gwarze miejskiej. I nie tylko o W ciemności… Agnieszki Holland. Przeniosę się bowiem do Lwowa przedwojennego, a nie tylko stylizowanego na przedwojenny. Wybierzecie się tam ze mną?

3 odpowiedzi do “O siakaniu i nie tylko, czyly gwara warsiaska na śklanem ekranie”

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *